Pokutne limity emisyjne.

Kiedy za kilka lat dla wszystkich, nawet najbardziej zzieleniałych ekopsycholi będzie już jasne, że cała ta histeria globalnego ocieplenia była całkowitą bzdurą, fabrykacją i humbugiem, bardzo wielu ludziom będzie bardzo, ale to bardzo głupio.

Sam pomysł "walki" ze "zmianami klimatycznymi" stanie się - słusznie - obiektem kpin i pukania się w czoło. Klęska religii globocieplenizmu będzie tak dokumentna, że przyszłym pokoleniom trudno będzie w ogóle zrozumieć, jak świat mógł do tego stopnia postradać zmysły, by bezkrytycznie uwierzyć rojeniom Ala Gore'a o kijach hokejowych i tonących misiach polarnych.

I jeśli przypadkiem czytasz ten wpis w przyszłości, to po pierwsze: witam w roku 2010. Przykro mi z powodu Mistrzostw 2012, nie mieliśmy pojęcia, że tak się to skończy...

A po drugie: przypomnij sobie dokładnie, czy wtedy, w 2010, nie wierzyłeś przypadkiem w te globociepleniowe brednie? Przypomnij sobie dokładnie.

Więc jeśli czasem zastanawiasz się, jak mogłeś być taki nierozgarnięty, to chciałbym Cię pocieszyć: nie powinieneś sobie tego aż tak wyrzucać. Padłeś ofiarą pewnego zjawiska, które jest niezmienne od początku istnienia ludzkości.

Żyjemy w świecie na tyle bezpiecznym i pozbawionym ryzyka, że pogoda jest jedyną niepewną rzeczą w życiu większości ludzi. Jakiś pierwotny strach przed nieznanym sprawia, że trudno nam sobie wyobrazić, że coś tak potężnego i śmiercionośnego jak siły natury może być jednocześnie tak nieprzewidywalne i losowe. Że coś może mieć tak wielki wpływ na nasze życie bez jakiejś wielkiej Siły Sprawczej, jakiegoś Wielkiego Planu za tym stojącego.

Więc staramy się nadać temu sens, stawiając siebie w centrum i rojąc sobie, że NASZE grzechy, modlitwy, czy emisje CO2 mają wpływ na Wielkie Siły rządzące klimatem.

A kiedy pojawia się szaman, kapłan, klimatolog, czy polityk, ostrzegający przed nadciągającą katastrofą, chętnie się mu podporządkowujemy, w nadziei, że udobruchamy Bogów Żywiołów i za pomocą modłów, ofiar całopalnych, czy samochodów hybrydowych zwalczymy złą pogodę i odnajdziemy w chaosie upragniony porządek.

A więc proponuję: wybaczmy sobie już dzisiaj to niemądre - ale jakże naturalne - zaślepienie i przyjmijmy, że od dzisiaj nie wierzymy w te bujdy o szkodliwości dwutlenku węgla. A jeśli czytasz to w przyszłości, to możesz udawać, że już wtedy w to nie wierzyłeś. Nikomu nie powiem.

--

Podobał Ci się ten wpis? Być może zainteresuje Cię Ten O Innej Modnej Ostatnio Religii lub Ten O Elitarnym Rzymskim Clubbingu

Jarosław Komorowski i Bronisław Kaczyński.

Podobno cała Polska, w tym także wielu - wydawałoby się - inteligentnych, myślących ludzi, emocjonuje się pojedynkiem pomiędzy dwoma kandydatami na urząd prezydencki.

Jeden uosabia interesy aferałów, którzy chcą się tylko nakraść i być może zostawią nas w spokoju, a drugi lideruje ugrupowaniu ludzi może i uczciwych, ale oszalałych z chęci uszczęśliwiania nas na siłę. Nie ma się co zastanawiać, która opcja jest gorsza. Ostatecznie obaj reprezentują ten sam ośrodek - Państwo - i w Zasadniczych Sprawach nie różnią się niczym. Na dowód przedstawiam stanowiska czterech czołowych kandydatów w Najważniejszych Kwestiach:


Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że 80% wyborców nie kieruje się takimi abstrakcyjnymi zagadnieniami, jak programy polityczne. Decyduje w zasadzie ślepy los: jaka telewizja jest akurat modna, który kandydat ma bardziej wiarygodne rysy twarzy i lepiej jest odbierany na poziomie emocjonalnym. Do tego dochodzi efekt podążania za stadem, i głosowania na "faworytów". Ludzie chyba wyobrażają sobie, że wybory to taki konkurs, gdzie za poprawne wytypowanie przyszłego prezydenta bierze się udział w losowaniu pralki automatycznej.

Być może od rytuału wyborczego bardziej racjonalne byłoby losowanie sobie władzy? Co pięć lat komputer losuje z 30 mln. obywateli 100 posłów oraz prezydenta. Czy wylosowany Pan Wacław z Sadłowic naprawdę mógłby wyrządzić dla kraju więcej szkody od zawodowego polityka, którego interesuje tylko przypodobanie się motłochowi i reelekcja?

Głos oddany w pierwszej turze na kandydata spoza "murowanej" dwójki oznacza przynajmniej jednoznaczny sygnał: "nie nabieram się na tą waszą grę, nie dam się nakręcać na jakieś wydumane konflikty między opcjami, które różnią się co najwyżej motywami graficznymi w spotach wyborczych."

Media wmawiają nam co prawda, że głosy oddane na kandydata, który "nie ma szans" na wejście do drugiej tury, są "zmarnowane", jednak jest dokładnie odwrotnie - właśnie głos na kandydata, którzy "na pewno" wejdzie do drugiej tury, zostaje zmarnowany, bo co to za różnica, czy procenty rozłożą się 40/30/20/10, czy np. 35/35/15/15? Wybory i tak rozstrzygną się w drugiej turze, i wtedy rzeczywiście można głosować na mniejsze zło.

I dopóki bawimy się w tą grę zwaną demokracją, to zapewniam, nauczony własnym przykładem, że konsekwentne popieranie kandydata spoza establishmentu daje pewien komfort psychiczny i poczucie wyższości. Oszczędza konfuzji i świecenia oczami, kiedy okazuje się, że nowo-stara ekipa kradnie i kłamie tak samo jak przed paroma kadencjami, kiedy poprzednio była u władzy. A im mniej głosów ostatecznie dostanie nasz kandydat, tym bardziej elitarnie możemy się czuć.


--

Podobał Ci się ten wpis? Być może zainteresuje Cię Ten O Wyborach w Stanozjednoczeniu, lub Ten o Przegłosowywaniu.