Psycho- i Socjo-

Lewicujący mądrale uwielbiają przywoływać humorystyczną i jakże odkrywczą tezę, że "korporacje charakteryzują się wszystkimi cechami definiującymi psychopatę" (brak empatii, poczucia winy). Zabawne jednak, że żaden bystrzacha nie zauważy, że dokładnie to samo można powiedzieć o Państwach.
Właściwie: to nie korporacje wymordowały w samym tylko XX wieku ponad 200 mln. ludzi...
Państwa można scharakteryzować wręcz jako twory socjopatyczne: nie obowiązują je normy etyczne, nie mają sumienia i poszanowania innych. Nadają sobie prawa do kłamstwa, kradzieży, więzienia bez procesu, morderstw, oszustw księgowych, wszystkich tych rzeczy, które nie mieszczą się w naturalnie celebrowanych normach społecznych.
I jeśli wydaje Ci się, że te 200 mln. ofiar to przeszłość, że dzisiejsze państwa są inne: demokratyczne, milutkie i oswojone, to chciałbym nieśmiało przypomnieć choćby o milionie Irakijczyków zabitych w imię liberalnej demokracji.
Jedna z różnic pomiędzy dobrowolną sferą społeczeństwa (wolnorynkową) a sferą państwową (opartą na przymusie), jest taka, że nawet gdyby jakiś Northrop-Grumman do spółki z Haliburtonem wymarzyli sobie bombardować brązowych ludzi na drugim krańcu świata, to dysponowaliby tylko zasobami swoich konsumentów: ludzi, których zdołałby do swojej idei przekonać. Ich kolega G.W. Bush natomiast, dysponował zasobami całego kraju, nawet ludzi, którzy wojny nie popierali. Właśnie dlatego demokracja jest ustrojem totalitarnym: politykowi wystarczy przekonać 51% wyborców (w praktyce ok. 20% populacji), by dysponować zasobami 100% populacji. A jeśli ktoś nie chciałby składać się na eksterminowanie ludzi pustyni, zostanie uwięziony, a jeśli i temu się aktywnie sprzeciwi: zabity. Do tego zawsze sprowadza się idea państwa: część ludzi przystawia lufę do głowy innej części.
Porównajmy to z wolnym rynkiem, gdzie obowiązują zasady: dobrowolności, nieagresji i wzajemności (wynikające nie z jakiegoś mojego naiwnego chciejstwa, tylko z teorii gier - ale to temat na osobny artykuł).

Renegaci, czy owieczki?

W naszym kraju panuje mniemanie o rzekomej zaradności zamieszkującej go ludności. Polacy są jakoby urodzonymi kombinatorami. Głównie dlatego zgodziliśmy się przystąpić do zbiurokratyzowanych Wspólnot Europejskich, ponieważ uważaliśmy, że podobnie jak Portugalczyczy, czy Grecy, wyssiemy z naiwniaków z Brukseli i Berlina ostatniego eurocenta, skoro umiejętność obchodzenia systemu i zdroworozsądkowy dystans do prawa wyssaliśmy z mlekiem matki.

Niestety, jest dokładnie odwrotnie. Polacy są narodem niemal całkowicie złamanym i spacyfikowanym. Żeby to dostrzec nie trzeba nawet wgłębiać się w wyniki wyborów, czy badania opinii publicznej wykazujące niesłabnące uwielbienie Instytucji (akurat wczoraj ogłoszono, że wzrasta zaufanie Polaków do... ZUSu!!!) i poddanie wobec Państwa. Zamiast tego wystarczy spojrzeć na pierwsze lepsze przejście dla pieszych, gdzie nawet, jeśli nigdzie nie widać ani nie słychać choćby jednego samochodu, rowerzysty, czy policjanta, mamy w zwyczaju jak stado baranów czekać na przyzwolenie od wyższej instancji w postaci świecącego zielonego ludzika.

Gdzieś tak od wprowadzenia stanu wojennego charakteryzuje nas niemal całkowita apatia i zrezygnowanie. Nawet pierwsze wolne wybory w 1989 olało około 40% ludzi.
W obliczu szalejącej w latach '90 przestępczości jedyne, na co potrafiliśmy się zdobyć, to bzdurne "marsze przeciw przemocy", które najdobitniej chyba pokazywały gangsterom, że rozbrojona, "przeciwna przemocy" ludność nie będzie stawiać oporu, kiedy przyjdzie się do niej po haracz. To przesłanie odebrali też politycy. Kowalski chętnie płaci podatki na poziomie konfiskacyjnym, (sięgające teoretycznie 80% w przypadku statystycznego pracownika najemnego), bo wydaje mu się, że wyciąga z systemu więcej, niż do niego wkłada, a w dodatku odczuwa dziką satysfakcję, z tego, że Wiśniewski "na pewno płaci więcej". Do tego dochodzi czynnik braku zaufania do samego siebie. Kowalski (a przede wszystkim jego żona) doskonale zdaje sobie sprawę, że jeśli nie zabierze mu się części zarobków to prędzej je przepije, niż przeznaczy na szkołę dla dzieci, ubezpieczenie zdrowotne, czy emerytalne.

Przekonanie o naszej narodowej zaradności bierze Kowalski ze swoich doświadczeń jeszcze w peerelu, kiedy to wszystko się "załatwiało". Ludzie pamiętają jak to w zamian za talon na malucha musieli nakraść z zakładu pracy co tam się dało, załatwić komuś jakieś zezwolenie, znaleźć do kogoś dojście, itd. Kwitł handel wymienny, system przysług i "lewizna".

Problem w tym, że nie był to rezultat jakichś naszych narodowych zdolności, tylko naturalna konsekwencja gospodarki socjalistycznej. Kiedy cała gospodarka należy do jednego właściciela i nie dochodzi do żadnych "transakcji", tylko do arbitralnie ustalonych wymian bez konsekwencji ekonomicznych, nie ma sposobu na ustalenie cen a więc nie istnieje miara wartości towarów.
 (Z tego właśnie powodu już 1920 r. Ludwig Von Mises udowodnił, że system wprowadzany w ZSRS nie może działać, ponieważ nie ma w nim mechanizmu określania wartości. Bez wolnego rynku - "docierania" cen poprzez miliardy pozornie chaotycznych interakcji między uczestnikami rynku - ceny muszą być określane przez jakiś Urząd, który jednak by określić je prawidłowo, musiałby być Wszechwiedzący oraz Wszechmocny. Mises miał rację: już rok później Lenin był zmuszony zlikwidować komunizm i wprowadzić Nową Politykę Ekonomiczną, przywracającą elementy rynkowe m.in. w rolnictwie, w przeciwnym razie wyzwolony Lud pracujący pomarłby z głodu, albo spalił bolszewików na stosach. Potem nastąpiła ponowna kolektywizacja, ale aż do końca agonii ZSRR prywatne 10% rolnictwa dostarczało 90% plonów).

Właśnie dlatego lewizna i szara strefa były wpisane w tamten system i tolerowane przez władzę: bez czarnego rynku gospodarka PRL po prostu nie mogłaby działać bo towary i usługi nie miałyby określonej wartości i zapotrzebowania.

Ale tamte umiejętności w gospodarce rynkowej są bezwartościowe. Naszego banku naprawdę nie interesuje, czy znamy tow. Jana Winnickiego, a dojście do dyrektora cementowni nie robi już na nikim żadnego wrażenia.