Problem z głoszeniem poglądów liberalnych, nie mówiąc już o libertariańskich, polega na tym, że ludzie uznają stan zastały - rzeczywistość demokracji totalitarnej - za coś normalnego. Skoro dzisiejsze Państwo jest całkowicie normalne, to każdy, kto chce je znacząco zredukować, musi być wrogiem państwa jako takiego. Stąd w ludziach rodzi się skojarzenie naszych poglądów z anarchizmem.
Trochę jak w carskiej Rosji, gdzie wszyscy opozycjoniści nazywani byli anarchistami, bo skoro Państwo to Car, to każdy wróg cara - obojętne czy demokrata, komunista, czy też polski separatysta, to musi być
szaleniec, który sprzeciwia się samej idei państwa - to chyba jasne?
Dodatkowy problem polega na tym, że dzisiejsze państwa dostarczają ludności, od czasu do czasu, usług, które ta uznaje za przydatne.
A więc oprócz bombardowania się nawzajem, produkcji broni atomowej, bakteriologicznej, szpiegowania swoich obywateli, więzienia ludzi, którzy niczego nikomu nie zrobili, propagandy, nakładania podatków na poziomie konfiskacyjnym, rozbijania więzi społecznych, religijnych i kulturowych, czy hodowania sobie uzależnionych od siebie wyborców, pewną część swojej aktywności przeznaczają na służbę zdrowia, szkolnictwo, pozorowanie badań naukowych i pewnie coś tam jeszcze.
Robią to od tak dawna, że ludzie nie mogą sobie wyobrazić rynków tych usług bez obecności w nich państwa. Jasne więc, że ktoś, kto domaga się likwidacji państwowego szkolnictwa musi być jednocześnie wrogiem edukacji jako takiej i zwolennikiem analfabetyzmu? A przeciwnik systemu państwowej służby zdrowia i przymusowych ubezpieczeń musi po prostu bardzo nie lubić szpitali i w ogóle medycyny.
Przeciętny wyborca być może widzi nawet. że żadna z dziedzin odgórnie kontrolowanych nie działa tak jak trzeba, że kolejne pokolenia dzieci uczonych w państwowej szkole są coraz lepsze co najwyżej w zakładaniu nauczycielom śmietników na głowy, być może dostrzega też, że płaci coraz więcej za leki i podstawowe, "darmowe" usługi medyczne, oraz że w szpitalu trzeba mieć chody, żeby w ogóle zostać potraktowanym jak człowiek, a nie jak zwierzę w ubojni. Wyborca widzi to wszystko, ale gdzieś tam, z tyłu głowy, pałęta mu się wyobrażenie, że KOMUŚ przecież te instytucje się przydają, że KTOŚ jednak płaci w podatkach mniej, niż z systemu wyciąga i że na pewno są ludzie, którzy na wolnym rynku nie mogli by pozwolić sobie na wizytę u lekarza, ani liczyć na pomoc charytatywną.
Wiadomo więc, że alternatywą dla mega-państwa jest, że "nie będzie niczego".
Wszystkich, którzy nie potrafią sobie wyobrazić życia bez takiego "państwa maximum" proszę, by wyobrazili sobie świat, w którym:
- Śmiertelny wypadek motocyklowy generuje dla gospodarki koszt około pół miliona złotych*;
- Zależność między poziomem wykształcenia a poziomem nakładów na edukację jest odwrotnie proporcjonalna **;
- Sygnalizacja świetlna jest tak zsynchronizowana, żeby generować jak największe zużycie paliwa ***;
- Wszystko ma być tak drogie jak to tylko możliwe;
- Limit prędkości na drodze jest niezależny od pory dnia, roku, ani warunków pogodowych. Ich właściciel nie ponosi odpowiedzialności za straty spowodowane bezzasadnym spowolnieniem transportu;
- Na drogach zdarza się około 5 tysięcy zgonów, ale ich właściciel nie ponosi odpowiedzialności za liczbę wypadków śmiertelnych. Nie ma mechanizmu zachęcającego do zwiększania bezpieczeństwa;
- Wydaje się setki milionów na niesprawdzone szczepionki na jakąś hipotetyczną, medialną epidemię;
Mógłbym tak długo, ale chyba rozumiesz, do czego zmierzam. W takim właśnie świecie żyjemy.
Wiem, że początkowo trudno wyobrazić sobie państwo minimum, a jeszcze trudniej całkowicie wolny rynek.
Zamiast tego, proponuję, spróbuj wyobrazić sobie świat, w którym powyższe przykłady byłyby NIEWYOBRAŻALNE. W którym zamiast państwowego zamordyzmu mielibyśmy przestrzeń dobrowolnej współpracy - Rynek, w którym konkurencja wymusza nieustanny rozwój, również w dziedzinach, które obecnie są nie do naprawienia.
--
* Tłumaczył mi to pewien dziennikarz motoryzacyjny: łączny, szacunkowy koszt interwencji straży pożarnej, policji, karetki, koronera itd. Oburzony dziennikarz nie zauważył jednak, że wszystkie te koszty generują... państwowi monopoliści;
** Dobrze udokumentowane w USA;
*** Większe wpływy z akcyzy. Tak było przez wiele lat m. in. w Londynie.