O łące niczyjej

Jednym z argumentów przemawiających jakoby za rozbudowanym państwowym nadzorem miałby być tzw. "dylemat wspólnego pastwiska". Głosi on, że jeśli pozwolić jednostkom na nieograniczony dostęp do wspólnych zasobów, to doprowadzą one do ich nieuchronnej degradacji, ponieważ z punktu widzenia teorii gier korzystne dla każdego jest jak najwcześniejsze ich wykorzystanie. Jako klasyczny przykład podaje się korzystanie ze wspólnego pastwiska dla bydła.
Każdy z hodowców posiada własne pastwisko, ale mają oni również dostęp do wspólnego pastwiska. Gdy jeden z nich zaczyna nadmiernie korzystać ze wspólnego pastwiska to zyskuje, gdyż oszczędza swojej ziemi, a korzysta z dobra publicznego. Gdy jednak pozostali hodowcy zaczynają myśleć podobnie i nadmiernie korzystają z pastwiska to doprowadzają do jego degradacji, w związku z czym ostatecznie wszyscy tracą.
Miałby to być dowód na konieczność państwowego nadzoru nad dobrami o charakterze publicznym, państwowej trosce o środowisko itd.

Jest jednak dokładnie odwrotnie.

Jest to dylemat pozorny, bo w naturze nie występuje coś takiego, jak "wspólne dobro materialne". Pastwisko w przykładzie tych trzech hodowców w rzeczywistości nie jest "wspólne" tylko niczyje. Jedynym logicznym rozwiązaniem z punktu widzenia teorii gier byłoby wyznaczenie jakiegoś algorytmu dostępu do pastwiska, oraz sposobu egzekwowania umowy. W tym momencie to pastwisko przestałoby byćdobrem niczyim a stało by się po prostu własnością ciała o nazwie "spółdzielnia trzech hodowców". Hodowca, który chciałby się wyłamać, musiałby albo pastwisko wykupić, albo odebrać siłą. Tak, czy inaczej, ktoś, (lub coś) miałby moc decyzyjną w kwestii dostępu do pastwiska.

Dylemat wspólnego pastwiska dowodzi więc, że zawsze dobro, którego jest ograniczona ilość musi mieć (i ma!) właściciela. 
Obserwujemy to w przyrodzie: czy będzie to najsilniejszy samiec w stadzie wilków, małpolud z największą maczugą, kapitalista z najgłębszym portfelem, czy suweren ze swoim aparatem przymusu - zasada jest ta sama. Podobnie jak w świecie fizyki kwantowej sam fakt obserwacji nadaje cząstce jej właściwości - tak w ekonomii wszystko, co ma jakąkolwiek wartość uzyskało ją dopiero w momencie uzurpowania sobie przez kogoś praw do tej wartości.

Najlepiej jednak, żeby był to właściciel jawny i jednoznacznie określony, a jeszcze lepiej: jednoosobowy. Dotyczy to także państwa. W tej chwili bowiem właścicielem naszego kraju jest jakaś bliżej nieokreślona masa urzędniczo-państwowa i jest to stan nienaturalny.

Nie-święto niepodległości

Dziś Narodowe Święto Niepodległości, którego nie uznaję. Święto, którego już sama nazwa jest myląca, musi być świętem fałszywym.

Zauważmy, że nie mamy nawet odwagi nazwać 11 listopada DNIEM niepodległości - jak np. Amerykanie nazywają swój 4 lipca - kazało by to bowiem zastanowić się: właściwie co takiego przełomowego stało się tego dnia? Można wymienić kilka wcześniejszych dat jako tych, w których Polska przestała formalnie i faktycznie podlegać zaborcom. Dlaczego akurat przekazanie przez Radę Regencyjną naczelnego dowództwa Józefowi Piłsudskiemu ma być tak istotne?

Otóż: w tych dniach Rada Regencyjna rozwiązała się a Polska zmieniła nazwę. Z Królestwa Polskiego na Republikę Polską.

Nie jest to więc święto odzyskania przez Polskę niepodległości państwowej ale święto ostatecznego obalenia w Polsce idei monarchistycznej i jeśli już zamierzamy je obchodzić, to tak właśnie powinno się nazywać (ewentualnie Świętem Republiki). Czy jest więc co świętować? Chyba wszyscy widzimy, jak te eksperymenta z republiką i demokracją po mniej-więcej 20 latach się kończą?

Kolejne pif paf

W Stanozjednoczeniu kolejne masakry. Wczoraj w Teksasie a dziś na Florydzie.

Zabójcy jak zwykle byli nafaszerowani lekami antydepresyjnymi.

Media jak zwykle bezwstydnie żywią się tragedią i nieodpowiedzialnie publikują dane osobowe i oblicza zabójców.

Epidemia strachu?

Na Ukrainie panika w związku z szalejącym wirusem A/H1N1.
Rząd rozważa wprowadzenie kwarantanny i stanu wyjątkowego. Ludność w panice zgłasza do szpitali dzieci ze zwykłym katarem.

Gdyby skalę kryzysu mierzyć rozmiarami wywołanej przez niego paniki, liczbę ofiar śmiertelnych wirusa należałoby oszacować na... no, nie wiem: 300? 3 tysiące? 30 tyś?! 300 TYSIĘCY!? 3 MILIONY??

W rzeczywistości z powodu powikłań pogrypowych oraz "ostrej infekcji górnych dróg oddechowych" (czyli zwykłego przeziębienia) zmarły do tej pory... 33 osoby. Z czego A/H1N1 potwierdzono u jednej, DOSŁOWNIE: JEDNEJ osoby.
Zarażenie stwierdzono jeszcze u kilku chorych, ale wiecie, czym wirus A/H1N1 różni się od zwykłej grypy sezonowej? NICZYM. Ryzyko zarażenia oraz przebieg choroby są dokładnie takie same.

Chociaż nie, przepraszam: różnica polega na tym, że zwykła grypa co roku mutuje i zabija na świecie jakieś pół miliona ludzi.

No, ale zwykła szczepionka kosztuje 15 zł, a "świńska" tyle, ile przerażeni frajerzy będą skłonni zapłacić.
Z resztą: nikt nie musi się w ogóle szczepić. Rząd uruchomi "akcję szczepień", która polega na kupnie kilku milionów szczepionek. W międzyczasie mija sezon grypowy, media zajmują się czymś innym a szczepionki zostają zutylizowane. Koncerny farmaceutyczne mają się dobrze, odpowiedni urzędnicy ministerstwa zdrowia cieszą się nowymi samochodami i zaproszeniami na atrakcyjne sympozja w egzotycznych rejonach świata, politycy czują się potrzebni.

Mechanizm sprawdzony przy okazji ptasiej grypy parę lat temu.

Bastion wolności

Moi wyimaginowani czytelnicy często pytają mnie w swoich hipotetycznych listach:

Piotr, ty popularyzatorski wizjonerze, natchnieniu naszych rozważań światopoglądowych! System, który proponujecie wy, libertarianie i kon-liberałowie, nigdzie i nigdy nie został w całości wprowadzony w życie! Czy nie jest to zatem jakiś teoretyczny twór myślowy, niemożliwy do zrealizowania w prawdziwym świecie?

Ale:  czy na pewno nie został wprowadzony?

I nie mam tu na myśli starannie przemyślanego systemu amerykańskiego, który działał całkiem nieźle przez pierwsze 150 lat istnienia tego państwa. Nie myślę również o Niemczech i Japonii, które przez pierwsze dwie dekady po wojnie były zdaje się najbardziej liberalnymi państwami świata, co pozwoliło im odbudować się z poziomu niemal całkowitego zniszczenia i wyprzedzić np. "zwycięską" Wielką Brytanię. Nie chodzi mi tu też o rozwiązanie Chilijskie, które dzięki eliminacji przymusu ubezpieczeń i wprowadzeniu rozwiązań Szkoły Chicagowskiej stało się liderem gospodarczym Ameryki Płd.


Od kilku dekad obserwujemy walkę rządów państw zachodnich z rozwojem gospodarczym. Jeżeli więc jakikolwiek rozwój się dokonuje, to tylko dzięki postępowi nauki. Według Trends Research Institute, gdyby nie rozwój technologii informatycznych, światowa gospodarka zawaliłaby się już w połowie lat '90.
I tu dochodzimy do pewnej nowopowstałej krainy, wciąż prawie całkowicie nieuregulowanego, zdecentralizowanego, chaotycznego a jednak w jakiś przedziwny sposób samoorganizującego się obszaru ludzkiej działalności:

Internetu.


W Internecie obserwujemy pewne fundamentalnie libertariańskie, nawet anarchokapitalistyczne mechanizmy:
  • dobrowolność
  • nieagresja
  • decentralizacja
  • wolny rynek 

Nie myślimy o tym na co dzień, kiedy kupujemy coś w sklepie internetowym na drugim końcu świata, kiedy sprzedajemy coś na aukcji albo kiedy wymieniamy się poglądami na wszystkie możliwe tematy, ani nawet kiedy korzystamy z całkowicie nieuregulowanych, "szarych" aktywności internetowych, jak wymiana plików, kupno konta rapidshare, pornografii czy hazardu, ale Internet jest być może najbliższym teoretycznej definicji wolnego rynku zjawiskiem w historii ludzkości.

Jego rozwój był tak gwałtowny i niespodziewany, że dokonał się praktycznie bez udziału rządów i potężnych biurokratycznych instytucji. Można powiedzieć, że tradycyjna głupota i niekompetencja rządów zadziałała tutaj na korzyść noworozwijającej się technologii.

Zaszło tu podobne zjawisko, jak podczas kalifornijskiej gorączki złota, kiedy to w warunkach niemal zerowej obecności państwa, doszło do zadziwiająco skutecznej samoorganizacji społeczeństwa przy użyciu wyłącznie prywatnych przedsięwzięć.

Ale rządy już kombinują, jak ograniczyć swobody Internetu. Mowa jest o wprowadzeniu cenzury, podsłuchów i kontroli korespondencji, zwiększaniu regulacji oraz opodatkowania.

Przyszłość pokaże, czy ta wolność Internetu zostanie z czasem stłamszona, czy też rozleje się poza jego obszar.


--

Podobał Ci się ten wpis? Być może zainteresuje Cię Ten o Ofensywie Odwróceniowej lub Ten Broniący Obrzydliwych Bogaczy 

Wzór na demokrację.

Dziś proponuję krótkie ćwiczenie praktyczne z zakresu demokracji stosowanej.

Zaloguj się, proszę, do swojego profilu na naszej-klasie pe el. Spośród wszystkich swoich znajomych (x) policz tych, którym ufasz, podziwiasz i szanujesz na tyle, że pozwoliłbyś im decydować o swoim życiu, swojej przyszłości i pieniądzach (y).

x:(y+1) to szacunkowy stosunek, jakim w każdych wyborach kompetentni ludzie są przegłosowywani przez idiotów.

Proszę wpisywać swoje wyniki w komentarzach. Podejrzewam, że dla większości ludzi będzie wynosić 100:1.

Lewitożsamość

Współczesna poprawność polityczna nawet od prawicowca wymaga przyznania, że lewicowość "w pewnych aspektach jest nawet przydatna i pożyteczna".

Otóż jest to stwierdzenie prawdziwe, ale mające taką samą wartość, jak stwierdzenie, że w "pewnych aspektach przydatna jest rzeżączka". Przydatna, z punktu widzenia Neisseria gonorrhoeae, bakterii dwoinki.

Podobnie: socjalizm przydatny jest z punktu widzenia zakłamanych polityków, feministek, zielonych i różnych piecuchów na zasiłku.

Ale załóżmy nawet, że "wrażliwość lewicowa" ma w życiu publicznym jakąś rację bytu. Od biedy można by przecież podciągnąć pod nią biadolenie o konieczności przymusowego pomagania ubogim przez redystrybucję - czy ktoś w ogóle słyszał w ostatnich latach by tak zwana lewica zajmowała się takimi zagadnieniami?

Oczywiście, że nie. Dlaczego? Bo praktycznie WSZYSTKIE postulaty klasycznej lewicy są już dawno spełnione!
  • Progresywny podatek dochodowy 
  • podatek gruntowy
  • spadkowy
  • redystrybucja
  • przymus ubezpieczeń
  • związki zawodowe
  • państwowe szkolnictwo
  • państwowa służba zdrowia
  • dotowanie nauki
  • państwowy monopol emisyjny 
Wyliczać dalej? Nic więc dziwnego, że lewica definiuje dzisiaj swoją tożsamość w głupotach, takich, jak prawa homosiów czy zwalczanie dwutlenku węgla.

Chociaż... może to i dobrze. Jeszcze mogliby wrócić do korzeni i domagać się upaństwowienia środków produkcji....


Schiff & Polska raz jeszcze.

Peter Schiff w swoim cotygodniowym programie radiowym "Wall Street Unspun" podzielił się swoimi wrażeniami z pobytu w Krynicy:

Byłem zaskoczony reakcją na moje wystąpienia w Polsce. Spośród wszystkich uczestników panelu, w którym przemawiałem, tylko na mnie publiczność reagowała żywiołowo. Kiedy mówiłem o roli rządu w wywołaniu kryzysu, o roli Banku Rezerw Federalnych, pakietów stymulujących i bailoutów, publiczność reagowała oklaskami.
Dostawałem brawa, kiedy broniłem kapitalizmu i wolnego rynku, choć byłem jedyną osobą, która nie obwinia za kryzys "braku nadzoru", "regulacji", czy "zachłannego kapitalizmu".
Trzeba pamiętać, że jeszcze 20 lat temu Polska była komunistycznym krajem. Dzisiaj wielu Polaków rozumie, czym jest wolność i kapitalizm. Podchodzili do mnie ludzie, którzy czytają Misesa, interesują się austriacką szkołą ekonomii, wierzą w idee wolnościowe i chcieliby zmniejszenia roli państwa.
Co ciekawe: rozmawiałem ze współorganizatorką konferencji, kiedy wiozła mnie na dworzec kolejowy. Rozmawialiśmy o tym, jak uniknąć podwójnego opodatkowania mojego honorarium i nie mogła uwierzyć, jak wysokie są podatki w Stanach Zjednoczonych.
Nie możemy iść w kierunku zwiększania opodatkowania i rozdętego państwa. Wiele się dzieje w Europie i Azji i może się okazać, że zostaniemy sami na tej drodze do ustroju pańszczyźnianego, podczas gdy reszta świata będzie ograniczać rolę państwa w gospodarce.
 Pełny zapis programu: PeterSchiff-09-16-2009.mp3

Rzymski Clubbing?

Janusz Korwin-Mikke na swoim blogu naśmiewa się z Klubu Rzymskiego, jako "grona utytułowanych baranów, które ogłosiło w latach 60.tych kupę katastroficznych przepowiedni „ekologicznych”, z których żadna się nie sprawdziła".

Jest, niestety, dokładnie odwrotnie.

Prawdziwym celem Klubu Rzymskiego nigdy nie było przewidywanie rzeczywistych zagrożeń stojących przed ludzkością, ale wskazywanie metod i pretekstów do poszerzania przez elity swoich wpływów oraz władzy międzynarodowych instytucji. Liczne na to przesłanki można odczytać z samych publikacji Klubu, jak choćby "The First Global Revolution":

"The need for enemies seems to be a common historical factor. Some states have striven to overcome domestic failure and internal contradictions by blaming external enemies. The ploy of finding a scapegoat is as old as mankind itself - when things become too difficult at home, divert attention to adventure abroad. Bring the divided nation together to face an outside enemy, either a real one, or else one invented for the purpose." (s.71)
"In searching for a new enemy to unite us, we came up with the idea that pollution, the threat of global warming, water shortages, famine and the like would fit the bill. In their totality and their interactions these phenomena do constitute a common threat which must be confronted by everyone together. But in designating these dangers as the enemy, we fall into the trap, which we have already warned readers about, namely mistaking symptoms for causes. All these dangers are caused by human intervention in natural processes, and it is only through changed attitude and behaviour that they can be overcome. The real enemy then is humanity itself." (s.75)

Z kolei postulaty Pierwszego Raportu KRz, będącego prawdziwym manifestem współczesnej eugeniki, zostały już praktycznie w całości zrealizowane!

"Granice Wzrostu" (Limits to Growth) postulują ustanowienie swoistej "równowagi" ekologicznej i ekonomicznej poprzez:  
  • zahamowanie wzrostu populacji (za pomocą "nieograniczonego dostępu do stuprocentowo skutecznych metod kontroli urodzin") i
  • ograniczenie wzrostu gospodarczego, ("poprzez promowanie konsumpcji zamiast inwestycji").

Spójrzmy tylko na stan naszej Cywilizacji po prawie 40 latach od opublikowania "Raportu"!

Rozrodczość mamy ujemną (a więc postulat udało się zrealizować z nawiązką).

W wyniku działań rządów i organizacji międzynarodowych, tempo wzrostu zostało spowolnione do jakichś marginalnych rozmiarów, a biorąc pod uwagę obecną recesję, długoterminowo okaże się pewnie zerowe. (PKB Stanów Zjednoczonych mierzony Realnym Pieniądzem jest na poziomie sprzed dziesięciu lat, Japonii: sprzed 20...)

Zatem: działalność Klubu Rzymskiego należy ocenić, niestety, jako nad wyraz owocną i skuteczną w dążeniu do realizacji jego rzeczywistych celów.

"Ktoś tych bałwanów traktuje serio i daje im ciężkie miliardy na kolejne projekty?" pyta JKM.
Najwyraźniej: TAK. Zresztą, wystarczy spojrzeć na listę członków Klubu - polityków, głów państw, dyplomatów, urzędników wysokiego szczebla i naukowców, żeby zdać sobie sprawę, że klubowi wystarczy, żeby SAM traktował SIEBIE serio.

Peter Schiff w Krynicy.

Zakończyło się XIX FORUM EKONOMICZNE w Krynicy. Jednym z uczestników był nasz ulubiony ekonomista: Peter Schiff.



Dlaczego ulubiony? Bo opisuje stan światowej gospodarki dokładnie odwrotne, niż 95% ekonomistów. (Historia pewnego zakładu, czyli kto przewidział kryzys.)

W Krynicy Schiff raczył słuchaczy typowymi dla siebie, humorystycznymi soundbite'ami:
"Administracja amerykańska i nadzór finansowy nie uczą się na błędach. Bush powiedział, że Wall Street było pijane, i ja się z nim zgadzam, całe Stany Zjednoczone są pijane, tylko kto je rozpija?"
(odpowiedź: Greenspan, Bernanke i w ogóle Bank Rezerw Federalnych.)
"To, co się dziś dzieje w USA, przypomina politykę władz PRL przed upadkiem komunizmu. Jeśli będziemy nadal iść w stronę gospodarki centralnie sterowanej, tak jak to robią władze amerykańskie, naprawdę nie wiem, gdzie to się może skończyć. Być może przekształcimy się w republikę bananową. Granica Ameryki Łacińskiej może się przenieść na granicę kanadyjską." 
"Należy obciążyć pełną odpowiedzialnością tych wierzycieli, którzy byli na tyle głupi, aby nam pożyczać pieniądze. Źródła obecnego kryzysu tkwią jeszcze w latach 90., kiedy to bank rezerw federalnych powodował pompowanie bańki spekulacyjnej na amerykańskiej giełdzie. Od tego czasu każdy kolejny problem rozwiązywano tak samo - korzystając z kolejnych kredytów."
"W 2030 r. dolar nie będzie już główną walutą świata. I znikną dysproporcje takie jak dziś, gdy USA pożyczają na świecie biliony dolarów i wszystko wydają na konsumpcję, nie na inwestycje."
"Gdy dolar straci siłę, zyskają je inne waluty. Wzmocni się chiński juan. Gdy juan zacznie się umacniać, Chiny zaczną konsumować swoją produkcję, a nie tylko ją eksportować, Chińczycy wreszcie skorzystają z owoców swojej pracy."
"Dlaczego tak niewielu ekonomistów potrafiło przewidzieć kryzys? Bo soczewki, przez które patrzą, są popsute. Cała makroekonomia to w dużej mierze nieporozumienie, bo opiera się na założeniach Keynesa. A keynesizm ma się tak do ekonomii, jak astrologia do astronomii. Ludzie muszą wreszcie zrozumieć, że gospodarka nie opiera się na konsumpcji, ale na oszczędnościach. Wzrost gospodarczy jest możliwy dzięki oszczędnościom. Nasz system nazywa się kapitalizm. To słowo pochodzi od kapitału!"

Generalnie, przesłanie Schiffa do uczestników i słuchaczy konferencji w Krynicy można by streścić jednym zdaniem:
Na całkowitym upadku dolara i gospodarki Stanów Zjednoczonych świat może tylko zyskać, ponieważ USA nie napędzają światowej gospodarki, jak to się powszechnie sądzi, tylko dokładnie odwrotnie: poprzez swoją bezproduktywną konsumpcję są dla niej gigantycznym obciążeniem.



P.S. Schiff wspomniał też o uczestnictwie w konferencji na swoim codziennym videoblogu, który nagrał z hotelu w "Kreśnia" (czyta się Crynitsa, panie Schiff!!!):




Źródła:
http://www.rp.pl/artykul/172321,362199_Druga_fala_zalamania.html
http://gospodarka.gazeta.pl/Gielda/1,85951,7026454,Peter_Schiff_w_Krynicy__USA_sa_dzis_jak_schylkowy.html
http://www.dziennikpolski24.pl/Artykul.100+M52a9b1539a1.0.html
http://www.parkiet.com/artykul/7,849078.html

Latającego po bolońsku, poproszę.

Jako zaprzysięgły agnostyk kategorycznie odmawiam wydawania sądu na temat istnienia, bądź nie istnienia Boga. Mamy po prostu za mało danych, aby autorytatywnie wyrokować w tak ważnej kwestii.

Z narastającym rozbawieniem jednak obserwuję coraz śmielszy pochód pewnej nowej religii: wojującego ateizmu. Tak: ateizm opiera się na wierze.
Arbitralne stwierdzenie, że Bóg "nie istnieje" jest tak samo bezpodstawne, jak stwierdzenie, że "istnieje". Nie da się bowiem udowodnić nieistnienia Boga. Można co najwyżej w Jego nieistnienie wierzyć.
Oczywiście: wyznawca ateizmu odpowie na to wyświechtanym kontrargumentem, że "nie można udowodnić nie istnienia Latającego Spaghetti-Potwora"...

Jest jednak dokładnie odwrotnie.

Sama nazwa LS-P nadaje mu pewne właściwości fizyczne: powinien umieć latać, być potworem i składać się z mieszanki mąki, jajek, jakiegoś sosu i najlepiej parmezanu (mniaaam). Możemy udowodnić, że jest to niestety niemożliwe.

Tymczasem od Boga nie wymagamy posiadania żadnych właściwości fizycznych. Jeżeli już staramy się zrozumieć Boga, to opisujemy Go jako: wszechwiedzącego, miłościwego, wiecznego, itd. Wszystkie te cechy są abstrakcyjne i niemierzalne.

Chyba, że mowa o umiejętności podpalania krzaków, magicznej zamiany wody w niskoprocentowy alkohol, czy zsyłania plag i meteorytów w ramach radykalnej polityki urbanistycznej.
Jeśli ateiści zamierzają tracić czas na obalanie tego typu tradycyjnych zabobonów, to bardzo proszę. Powinni jednak zdać sobie sprawę, że nie walczą tedy z wiarą w Boga, ale z Tradycją i Kulturą.

Podatki vs. inflacja?

Przy okazji niedawnej dyskusji o krzywej Laffera na wykopie pe el, zauważyłem, że wszyscy ekscytujemy się poziomem wpływów budżetowych: jedni chcieli by je maksymalizować, a my, wolnorynkowcy: minimalizować.
W dodatku nawet tzw. liberałowie uważają, że co prawda rozrzutność państwa i wysoka fiskalizacja jest niekorzystna, noooo ale gdyby poprzez obniżenie podatku udało się zwiększyć wpływy z niego (krzywa Laffera), to byłoby cacy.

Jest jednak dokładnie odwrotnie.

Takie myślenie to pozostałość po czasach standardu złota, kiedy państwo nie mogło dowolnie kreować pieniądza. Dziś już państwo może utrzymywać niższe lub wyższe podatki a jednocześnie finansować swoje rozmaite ekstrawagancje z długu zaciąganego u przyszłych pokoleń, z tak zwanego podatku inflacyjnego.
To właśnie obserwujemy obecnie w USA, które utrzymują podatki na STOSUNKOWO niskim poziomie (w porównaniu do Europy), ale za to szykują sobie i wszystkim posiadaczom dolarów ruinę finansową. Przy czym horyzont czasowy określany mylnie jako "przyszłe pokolenia" wciąż ulega skróceniu i może się okazać że te "przyszłe pokolenia" to jesteśmy my.

Dochody państwa są zatem problemem drugorzędnym, liczy się poziom wydatków, jaki aktualnie machina państwowa postanawia sobie ustalić.
Społeczeństwo może się bowiem przed przesadną fiskalizacją częściowo chronić w szarej strefie.
Przed podatkiem inflacyjnym natomiast nie ma ucieczki.

Dyskusja na poziomie.

Pogląd, który przytaczam w poprzednim wpisie, jest tak radykalny i niedorzeczny, że wydaje się, że nie mógłby go głosić nikt na poważnym stanowisku. Nic bardziej mylnego. Oto szokujący wywiad z kongresmanem Peterem Starkiem, wieloletnim członkiem Ways and Means Committee, komisji odpowiedzialnej za politykę podatkową:



Na pytanie o koszty obsługi długu, kongresman zaczyna szydzić z wykształcenia dziennikarza i w końcu każe mu wypierdalać ze swojego gabinetu, grożąc, że wyrzuci go przez okno.

Długie deficyty

Najdobitniejszym przykładem całkowitego pomieszania pojęć jest chyba współczesna "myśl" ekonomiczna, a więc dziedzina nauki usiłująca opisać gospodarkę. Jak bowiem opisać coś, co samo w sobie jest zmanipulowane i oparte na kłamstwie? Jak za pomocą wolnorynkowej terminologii opisać gospodarkę regulowaną i nierynkową, de facto: socjalistyczną?

Gospodarki socjalistyczne poznaje się po tym, że są księżycowe, tzn.: operują danymi, sformułowaniami i teoriami tak oderwanymi od rzeczywistości, że możliwymi tylko w atmosferze powszechnego zakłamania i samooszukiwania się środowisk naukowych.
Zjawisko to możemy zaobserwować przyglądając się, choćby pobieżnie, spuściźnie "nauk" "ekonomicznych" PRL-u. Te wszystkie masowo produkowane, podpisywane kilkunastoma nazwiskami, cytujące siebie nawzajem rozmaite "Ekonomie polityczne socjalizmu", czy "Społeczne narzędzia kształtowania konsumpcji" tak samo trafnie opisywały ekonomiczną rzeczywistość, jak, dajmy na to, dogmaty keynesistowskie na Zachodzie.
Oczywiście: nikt zainteresowany nawet nie piśnie o bezsensowności tych idei, nie chcąc się narażać reżimowi na wykluczenie. (Podobne zjawisko występuje zresztą w innych, całkowicie zależnych od łaskawości reżimu dziedzinach, np. klimatologii.)
Czy możemy zatem się dziwić, że na amerykańskich uczelniach ekonomicznych zrodził się i zyskuje na znaczeniu pogląd, że permanentny deficyt USA jest integralną i pożądaną częścią amerykańskiej gospodarki?

Otóż: jest dokładnie odwrotnie.

Każdy układ ekonomiczny, żeby nie zbankrutować, musi produkować przynajmniej tyle samo, ile konsumuje. Oczywiście, tak skomplikowane układy ekonomiczne, jak państwa, dysponują kilkoma trikami, które pozwalają im odwlekać bankructwo - czasem nawet dość długo - jako to: siła militarna (Rzym, ZSRR), nagły dopływ bogactw (Hiszpania w XVI w.), czy ekskluzywny status bitej monety (USA).
Problem w tym, że są to rozwiązania skuteczne tylko na krótką metę, powodują bowiem degenerację gospodarki.

Status dolara jako rezerwowej waluty świata pozwolił Stanom Zjednoczonym w latach '50- i '60 -tych na bezprecedensowy rozrost wydatków, ale w zaledwie ćwierć wieku doprowadził to mocarstwo de facto do bankructwa, wymuszając w 1971 r. ostateczne porzucenie wymienialności dolara na złoto. Po kolejnych kilkudziesięciu latach widać już, że kolejnego kryzysu zaufania dolar może już po prostu nie przetrwać.

Niemniej, deficyt i rosnące zadłużenie, wciąż uważane są w głównym nurcie ekonomii jako symptomy siły amerykańskiej gospodarki.

Jest dokładnie odwrotnie!

Nieustannie w mediach natrafiam na stwierdzenia, których nikt nie ośmiela się kwestionować, a co do których mogę z całym przekonaniem powiedzieć: JEST DOKŁADNIE ODWROTNIE!

Ten blog powstał z przeświadczenia, że wszystko, co obserwujemy w mass mediach, cała tzw. rzeczywistość medialna to nieporozumienie lub kłamstwo, a to, czego się z niej dowiadujemy o świecie, polityce, ekonomi i ludziach jest całkowicie niezgodne z rzeczywistością. 

Żyjemy w czasach takiego pomieszania pojęć, takiego zakłamania rzeczywistości, że niemal wszystkie dogmaty i teorie, komentarze a nawet tytuły prasowe serwowane przez tzw.  media głównego nurtu, należałoby ODWRÓCIĆ aby stały się prawdą.

Z jakichś powodów nasza wiedza na temat świata jest wykrzywiona i nieaktualna. Rozumujemy kategoriami narzucanymi nam przez dziesięciolecia indoktrynacji, obojętne: „lewicowej”, „prawicowej”, demokratycznej, autorytarnej, czy korporacyjnej i nie przychodzi nam nawet do głowy, by weryfikować przedstawiane nam pojęcia, koncepcje i idee.

I właśnie to jest celem tego blogu: zakrzyknięcie, że król jest nagi. Że JEST DOKŁADNIE ODWROTNIE!