Razwiedka vs. bezpieka - w wydaniu amerykańskim

Jeszcze słów parę o aferze z przeciekopedią:

Wśród najwyższych kręgów władzy i mediów w Stanozjednoczniu pojawiają się głosy o konieczności schwytania i osądzenia, albo wręcz zamordowania założyciela Wikileaks za "zdradę".

Jest to o tyle dziwne, że pan Julian Assange, jako Australijczyk jest poddanym Elżbiety II (z Bożej łaski Królowej Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, Związku Australijskiego, oraz innych Jej Królestw i Posiadłości, króla, głowy Wspólnoty Narodów, Obrończyni Wiary... itd.) i nie ma nic wspólnego ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki.

Zdradzić, z definicji, można wyłącznie albo swój kraj urodzenia, albo swojego pana, któremu przysięgało się wierność. Jeśli zatem Amerykanie chcą Assange'a wtrącić do ciemnego lochu za "zdradę" to albo uważają już cały świat - łącznie ze Związkiem Australijskim - za swoje dominium (co na to JW Elżbieta?), albo wiedzą, że p. Assange ma jakiegoś innego pana, któremu ślubował wierność, co zgadzałoby się z pogłoskami o jego współpracy z którąś z amerykańskich agend wywiadowczych.
Jak wspominałem w poprzednim wpisie: materiały Służby Dyplomatycznej Departamentu Stanu wyciekły poprzez Departament Obrony (Pentagon), za sprawą SIPRNet-u, sieci informatycznej służącej wymianie informacji pomiędzy agendami "siłowymi" US, do której "uzyskał dostęp" szeregowy Bradley Manning z wywiadu wojskowego - frajer, który spędzi resztę życia w Guantanamo. Albo przydarzy mu się wypadek.
Cała sprawa mocno śmierdzi dobrze nam znanymi z naszego podwórka, niekończącymi się rozgrywkami pomiędzy spec-służbami.

Nieodpowiedzialna młodzież

Nieodpowiedzialna młodzież szerzy wrogą propagandę i zgorszenie:

Przeciekopedia

Świat wciąż nie może otrząsnąć się z osłupienia po ujawnieniu przez WikiLeaks.org korespondencji amerykańskiej dyplomacji. Ogólne zszokowanie wynika oczywiście nie z jakichś specjalnie przełomowych rewelacji ujawnionych w depeszach, lecz z tego, że mało kto spodziewał się, że machina dyplomatyczna Imperium może zajmować się produkcją setek tysięcy analiz o tak niewielkim ciężarze informacyjnym, jak stwierdzenia o autorytarnych rządach Putina, bądź wyjęte wprost z tabloidów rewelacje o ekscesach Berlusconiego. Jeżeli analizy tego rodzaju trafiają rzeczywiście do urzędników wyższych szczebli amerykańskiej dyplomacji, to można chyba z dużą dozą pewności założyć, że więcej od nich o świecie wiedzą nawet uważni czytelnicy polskiego "Wprostu", czy "NCzas!-u".

Najbardziej zastanawiającym aspektem całej sprawy jest fakt, że - jak zauważyło wielu komentatorów - żadne z ujawnionych depesz nie kwestionują zasadniczych celów i metod amerykańskiej machiny wojennej.

Mam w związku z tym nieśmiałe podejrzenia, że jest to przeciek kontrolowany i może być elementem gry pomiędzy agendami rządu amerykańskiego.

Przypomnijmy - uchwalone po 11.09.2001 "Ustawy Patriotyczne" powołały superministerstwo o wyniosłej nazwie Departament Bezpieczeństwa Ojczyźnianego (Departament of Homeland Security - w Polsce litościwie tłumaczone jako Dep. Bezpieczeństwa "Krajowego").
Ustawy Patriotyczne zobowiązują wszystkie agencje i ministerstwa "siłowe" do współdziałania w ramach DHS i dzielenia się informacjami. Obejmuje to departamenty: Obrony, Stanu; niezliczone agencje wywiadowcze, sfederalizowane departamenty policji, zarządzania kryzysowego, itd. a ostatnio nawet Departament Rolnictwa (który, jak się okazuje, także podlega pod sprawy bezpieczeństwa państwa).

Problem w tym, że przykazanie przejrzystości i otwartości w ramach DHS nie może być na rękę najbardziej marnotrawnej i skorumpowanej instytucji świata, jaką jest Pentagon. Jeszcze 10 września 2001 sekretarz obrony Donald Rumsfeld informował o tym, że jego departament "zgubił" gdzieś $2,3 bilionów (ang. trillion) i szacował, że 1/4 wydatków Departamentu "gdzieś przepada". Dzień później wybuchła kosztująca $700 milionów dziennie wojna z Brązowymi Ludźmi Pustyni i przez następną dekadę nikt nie interesował się specjalnie marnotrawstwem. Niestety, ostatnio, w obliczu kryzysu budżetowego znów pojawiają się głosy o konieczności bardziej gospodarnego wydatkowania pieniędzy podatnika.

Przecieki miałyby przekonać polityków, że jednak nie opłaca się całkowicie integrować działalności obronnej, wywiadowczej i dyplomatycznej i że wszystkim zainteresowanym stronom może być bardziej na rękę większa autonomia.

Krzepiąca wizja przyszłości

Krótki klip z 2030 roku:



W rzeczywistości jednak Ameryka - największy dłużnik w historii - nie ma zamiaru niczego spłacać. Widać to już gołym okiem: za 20 lat papierowy dolar będzie bezwartościowy, albo w ogóle go nie będzie, a Azjaci będą mogli się wypchać. I dobrze, zdołali już przeżyć i odrzucić jeden wymysł Białego Człowieka - komunizm. Teraz należy im się nauczka, że finansowanie zachodnich rządów i ich socjalistycznych ekstrawagancji nie popłaca.

Ministerstwo nieprawdy

Podczas niedawnego wywiadu radiowego minister finansów jakby zupełnie mimochodem przyznał, że rzeczywisty deficyt budżetowy jest dwukrotnie wyższy, od oficjalnego. Nie byłoby w tym nic szczególnie ciekawego, gdyby nie sposób, w jaki to zrobił. Pan minister szydził sobie na zasadzie: "no co wy, przecież o tym WSZYSCY wiedzą! Gdybym zaczął głosić, że w Polsce obowiązuje ruch lewostronny, to też byście mi uwierzyli?".

Przyzwyczailiśmy się, że minister finansów "musi" kłamać - akceptujemy ten fakt jak coś oczywistego. Być może, w obecnym systemie centralnie sterowanej wartości pieniądza i gigantycznego wpływu rządów na rynki, nie ma innego wyjścia. I minister Rostowski już wielokrotnie został przyłapany na bezczelnym naginaniu prawdy, po czym z rozbrajającą szczerością przyznawał, że taka była konieczność, bo należało "uspokoić rynki finansowe", czy coś w tym guście. Dzisiaj nie może się nadziwić, że ktoś w ogóle może robić mu z tego zarzut!

Minister zdaje się rozgrzeszać sam siebie, sugerując, że trzeba być idiotą, żeby traktować poważnie słowa ministra finansów. W swojej wypowiedzi o "ruchu lewostronnym" naigrawa się JEDNOCZEŚNIE z tych wścibskich komentatorów i dziennikarzy, którzy bili na alarm podając rzeczywiste liczby, jak i z tych użytecznych frajerów, którzy mu wierzyli i powtarzali za ministerstwem uspokajające łgarstwa.

I tutaj muszę przyznać Mu rację, bo chyba tylko w getcie dziennikarzy serwisów ekonomicznych i w tym wirtualnym świecie mediów elektronicznych, można przykładać jakąkolwiek wagę do słów któregokolwiek ministra.

Niemniej jednak, poza tymi wirtualnymi sferami: mediów i statystyk rządowych, istnieje coś takiego jak rzeczywistość obiektywna i minister Rostowski zdaje sobie z niej sprawę. W sieci natrafiłem kiedyś na zapis dyskusji, w której brał udział (zdaje się, że w Krynicy) gdzie wypowiadał się całkiem sensownie - tyle, że po angielsku, podejrzewając słusznie, że nie przebije się to do polskiej prasy. Ten facet wie, że obecny system jest skazany na całkowity upadek i robi to, co obecna klasa polityczna umie najlepiej: grać na zwłokę.

Dług Publiczny

Ceny światowe, płace polskie?

Mówi się, że "ceny są u nas światowe, a zarobki za niskie". Jest, niestety, dokładnie odwrotnie. Ceny są u nas wielokrotnie wyższe od światowych, o czym przekonuje się każdy polski turysta, kiedy tylko wejdzie do supermarketu w USA, czy na Wyspach, nie mówiąc już o Chinach.

Paliwo w USA: dwukrotnie tańsze; przejazd autostradą: 6-krotnie tańszy; samochody, odzież, kosmetyki, elektronika, żywność: 20-50% tańsze; jedynie ceny ubezpieczeń i nieruchomości są porównywalne do naszych, ale za to oferują dużo wyższy standard.

Z kolei, jeśli chodzi o zarobki, to należałoby się zastanowić za co, tak naprawdę, znaczna część społeczeństwa bierze pieniądze. Realna wysokość zarobków zależy wyłącznie od poziomu PRODUKTYWNOŚCI.
Jeżeli pół Polski konsumuje podatki płacone przez garstkę produktywnych przedsiębiorców i pracowników, jeżeli prawie milion ludzi pracuje w najróżniejszych urzędach i stanowiskach państwowych, (a kolejnym milionom płaci się za nic nie robienie na rentach i zasiłkach), to znaczy, że wynagradza się u nas produktywność negatywną. Innymi słowy, pół Polski utrzymuje się z niszczenia bogactwa wypracowanego przez drugą połowę. W tym sensie jakakolwiek wysokość "płac" wśród konsumentów podatków będzie za wysoka, bo otrzymują oni wynagrodzenie za brak jakiejkolwiek działalności albo wręcz "pracę", która w ogóle nie powinna być wykonywana.

Zacznijmy w końcu głosić otwarcie to, czego nie odważy się głośno powiedzieć żaden polityk, dziennikarz czy publicysta: tą całą armię urzędniczą, służącą wyłącznie sabotowaniu realnej gospodarki, należy po prostu wywalić z roboty a zajmowane przez nich etaty zlikwidować.

Ten postulat można co prawda ubrać w formę bardziej medialną, tj. mówić o konieczności UWOLNIENIA produktywności tych ludzi, poprzez włączenie ich do REALNEJ gospodarki, gdzie będą mogli dużo szybciej i z większą korzyścią dla siebie i innych, budować bogactwo kraju.

Ale obojętne jakich byśmy poprawnych politycznie konstrukcji nie użyli, sprowadza się to do jednego prostego hasła: POZWALNIAĆ SUKINSYNÓW.

Copyright © jestodwrotnie.pl

Jedną z nielicznych kwestii, co do której wśród Wolnościowców nie ma zgody, jest stosunek do ochrony intelektualnej, patentowej oraz piractwa.

Pominę tutaj fakt, że nie ma ponoć dowodów na korzyści netto dla gospodarki, płynące z ochrony własności intelektualnej. Nie jestem statystykiem i nie mam potrzebnych do tego danych, a chciałbym wierzyć, że siła naszych rozważań ideologicznych polega na wyciąganiu wniosków z jak najogólniejszych przemyśleń i obserwacji. Takie podejście daje szanse na rozumowanie nie skażone rozpowszechnionymi w ostatnim stuleciu przesądami.

A więc na początek posłużmy się fantazją:
wyobraźmy sobie, że na orbicie okołoziemskiej pojawia się wreszcie Arcypankrator Wszechkosmobytu i w swojej bezkresnej łaskawości wyczarowuje z powietrza po telewizorze, pralce i... nie wiem... czerwonej koparce dla każdego Ziemianina. Nie muszę, chyba pytać, czy byłaby to strata czy zysk dla świata?

Oczywiście, że byłoby to ogromne poszerzenie bogactwa na świecie, nawet pomimo nieuchronnej zapaści w sektorach produkcji telewizorów, pralek oraz koparek.

Mam nadzieję, że potrafimy to bez problemu dostrzec w przypadku koparki: nagle całe mnóstwo ludzi może sobie wykopać studnię, ułatwić prace budowlane itd. Dużo więcej zostanie zrobione. Ale co w przypadku dóbr konsumpcyjnych? O ile jeszcze pralka, poprzez oszczędzanie czasu, służy zwiększeniu produktywności, to trudniej nam dostrzec zysk w przypadku telewizorów, których funkcja jest dokładnie odwrotna. A więc spójrzmy na to tak: 99% ludzi zrezygnuje z kupna telewizora (1% to marudy, którym nie podoba się ten model) i środki, które zamierzali nań przeznaczyć, zostają UWOLNIONE na inne cele.

Tym, którzy właśnie protestują: "Ależ Piotrze, ty utopijny fantasto oderwany od rzeczywistości! Przecież to jest rozumowanie nierzeczywiste, dobra w przyrodzie nie pomnażają się same z siebie!" zwracam uwagę, żeby zastanowili się, jak w takim razie działa rolnictwo, a jeszcze lepiej: zbieractwo. Czy nie jest możliwe, żeby koło jednej jabłoni sama z siebie wyrosła druga, identyczna? A przecież można by argumentować, że przyczyni się to do spadku cen jabłek, zysków sadowników i uderzy w gospodarkę.

Każde poprawne rozumowanie powinno być prawidłowe niezależnie od skali, zatem skoro zmniejszenie niedostatku dóbr jest pożądane, to korzystne byłoby również jego ZLIKWIDOWANIE. Tzn: sytuacja byłaby opłacalna nawet, gdyby kosmici zapewnili dostawy teoretycznie nieskończone i na zawsze.

A więc, skoro pomnożenie dóbr, a nawet likwidacja ich deficytowości byłaby korzystna, to zdajmy sobie sprawę, że dokładnie taką funkcję spełnia piractwo!

I analogicznie do naszego przykładu: pozwala bardzo wielu ludziom korzystać z narzędzi służących zwiększaniu produktywności (oprogramowanie), jak i uwalnia środki, które byłyby inaczej przeznaczone na bezproduktywną konsumpcję (muzyka, filmy i gry).

Oczywiście: to nie oznacza AUTOMATYCZNIE, że piractwo jest czymś dobrym! Konkluzja, że piractwo nie jest globalnie niekorzystne, nie oznacza że jako społeczeństwo nie możemy z nim walczyć! Jeżeli, dla "dobra społecznego" (jakkolwiek byśmy je aktualnie rozumieli) zakazujemy niektórych zachowań korzystnych dla jednostek (prostytucja, posiadanie broni), to BYĆ MOŻE powinniśmy też zakazywać zachowań globalnie korzystnych, ale uderzających w jednostkę (producenta, autora)... Ale nie mówmy, że robimy to dla dobra gospodarki!

Ale o tym, czy ochrona "własności intelektualnej" ma jakiekolwiek podstawy etyczne - innym razem.



--

Podobał Ci się ten wpis? Być może zainteresuje Cię  Ten O Wspólnym Pastwisku lub Ten Hip-hopowy

Siła nabywcza "baronów"

Światopogląd etatystyczny jest już tak zakorzeniony w naszej zbiorowej świadomości, że bezkrytycznie akceptujemy nawet tezy, które są najzwyczajniej w świecie sprzeczne z obserwacją. Jedną z nich jest w kółko powtarzane stwierdzenie o powiększaniu się różnic społecznych. Wszyscy wiemy, że "bogaci zarabiają coraz więcej a biedni coraz mniej"!

Problem w tym, że - na logikę - gdyby taki proces rzeczywiście (w wyniku krwiożerczego kapitalizmu) następował, to już dawno na świecie ostało by się paru bogaczy dysponujących całym kapitałem, a reszta ludzkości żarłaby piach z robakami, mieszkała pod ziemią i w końcu by się pozjadała. Albo przynajmniej dążylibyśmy do takiego stanu.

W rzeczywistości obserwujemy proces dokładnie odwrotny.

Baron Rotszyld około roku 1800 mógł kupić znacznie większy procent dostępnych dóbr, ziemi, czy robotników, niż najbogatszy kapitalista 100 lat później. Wynika z tego, że zwiększyła się wartość tego wszystkiego (m.in. właśnie pracy) przy jednoczesnym spadku siły nabywczej bogaczy.
Podobnież, dzisiejsze nędzne 50 miliardów Billa Gatesa znaczy dużo mniej, niż fortuna Rockefellera z początku XX wieku.

W dodatku: ekonomia nie jest grą o sumie zerowej i żaden z tych "ohydnych wyzyskiwaczy" nie zabrał nikomu swojego bogactwa, tylko je de facto STWORZYŁ. Tak, tak: Z NICZEGO.

Andrew Carnegie zrewolucjonizował przemysł stalowy i zbił wielokrotnie ceny stali, czym przysłużył się w budowie infrastruktury kolejowej; John D. Rockefeller oprócz tego, że obniżył dziesięciokrotnie cenę nafty, dzięki czemu zwykli ludzie mogli w końcu oświetlić swoje domy, wynalazł zastosowanie dla produktów naftowych dotychczas wylewanych do rzek jako odpady; Vanderbilt spowodował potanienie transportu, Henry Ford dzięki zastosowaniu produkcji masowej obniżył cenę automobilu, Gates dzięki prostemu w obsłudze systemowi operacyjnemu spopularyzował komputery, a Larry Page i Siergiej Brin naprawili Internet.

Znaczenie tych osiągnięć dla gospodarki oraz standardu życia setek milionów ludzi jest po prostu niewyobrażalne.
I nikt z nas na tym nie stracił, z wyjątkiem ich niewydajnej, ociężałej i drogiej konkurencji. Osobiście, tęsknota za Commodore International już mi przeszła.

--

Podobał Ci się ten wpis? Być może zainteresuje Cię Ten o Korzyściach z Niewydolności Państwa lub Ten o Wspólnym Pastwisku

Pokutne limity emisyjne.

Kiedy za kilka lat dla wszystkich, nawet najbardziej zzieleniałych ekopsycholi będzie już jasne, że cała ta histeria globalnego ocieplenia była całkowitą bzdurą, fabrykacją i humbugiem, bardzo wielu ludziom będzie bardzo, ale to bardzo głupio.

Sam pomysł "walki" ze "zmianami klimatycznymi" stanie się - słusznie - obiektem kpin i pukania się w czoło. Klęska religii globocieplenizmu będzie tak dokumentna, że przyszłym pokoleniom trudno będzie w ogóle zrozumieć, jak świat mógł do tego stopnia postradać zmysły, by bezkrytycznie uwierzyć rojeniom Ala Gore'a o kijach hokejowych i tonących misiach polarnych.

I jeśli przypadkiem czytasz ten wpis w przyszłości, to po pierwsze: witam w roku 2010. Przykro mi z powodu Mistrzostw 2012, nie mieliśmy pojęcia, że tak się to skończy...

A po drugie: przypomnij sobie dokładnie, czy wtedy, w 2010, nie wierzyłeś przypadkiem w te globociepleniowe brednie? Przypomnij sobie dokładnie.

Więc jeśli czasem zastanawiasz się, jak mogłeś być taki nierozgarnięty, to chciałbym Cię pocieszyć: nie powinieneś sobie tego aż tak wyrzucać. Padłeś ofiarą pewnego zjawiska, które jest niezmienne od początku istnienia ludzkości.

Żyjemy w świecie na tyle bezpiecznym i pozbawionym ryzyka, że pogoda jest jedyną niepewną rzeczą w życiu większości ludzi. Jakiś pierwotny strach przed nieznanym sprawia, że trudno nam sobie wyobrazić, że coś tak potężnego i śmiercionośnego jak siły natury może być jednocześnie tak nieprzewidywalne i losowe. Że coś może mieć tak wielki wpływ na nasze życie bez jakiejś wielkiej Siły Sprawczej, jakiegoś Wielkiego Planu za tym stojącego.

Więc staramy się nadać temu sens, stawiając siebie w centrum i rojąc sobie, że NASZE grzechy, modlitwy, czy emisje CO2 mają wpływ na Wielkie Siły rządzące klimatem.

A kiedy pojawia się szaman, kapłan, klimatolog, czy polityk, ostrzegający przed nadciągającą katastrofą, chętnie się mu podporządkowujemy, w nadziei, że udobruchamy Bogów Żywiołów i za pomocą modłów, ofiar całopalnych, czy samochodów hybrydowych zwalczymy złą pogodę i odnajdziemy w chaosie upragniony porządek.

A więc proponuję: wybaczmy sobie już dzisiaj to niemądre - ale jakże naturalne - zaślepienie i przyjmijmy, że od dzisiaj nie wierzymy w te bujdy o szkodliwości dwutlenku węgla. A jeśli czytasz to w przyszłości, to możesz udawać, że już wtedy w to nie wierzyłeś. Nikomu nie powiem.

--

Podobał Ci się ten wpis? Być może zainteresuje Cię Ten O Innej Modnej Ostatnio Religii lub Ten O Elitarnym Rzymskim Clubbingu

Jarosław Komorowski i Bronisław Kaczyński.

Podobno cała Polska, w tym także wielu - wydawałoby się - inteligentnych, myślących ludzi, emocjonuje się pojedynkiem pomiędzy dwoma kandydatami na urząd prezydencki.

Jeden uosabia interesy aferałów, którzy chcą się tylko nakraść i być może zostawią nas w spokoju, a drugi lideruje ugrupowaniu ludzi może i uczciwych, ale oszalałych z chęci uszczęśliwiania nas na siłę. Nie ma się co zastanawiać, która opcja jest gorsza. Ostatecznie obaj reprezentują ten sam ośrodek - Państwo - i w Zasadniczych Sprawach nie różnią się niczym. Na dowód przedstawiam stanowiska czterech czołowych kandydatów w Najważniejszych Kwestiach:


Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że 80% wyborców nie kieruje się takimi abstrakcyjnymi zagadnieniami, jak programy polityczne. Decyduje w zasadzie ślepy los: jaka telewizja jest akurat modna, który kandydat ma bardziej wiarygodne rysy twarzy i lepiej jest odbierany na poziomie emocjonalnym. Do tego dochodzi efekt podążania za stadem, i głosowania na "faworytów". Ludzie chyba wyobrażają sobie, że wybory to taki konkurs, gdzie za poprawne wytypowanie przyszłego prezydenta bierze się udział w losowaniu pralki automatycznej.

Być może od rytuału wyborczego bardziej racjonalne byłoby losowanie sobie władzy? Co pięć lat komputer losuje z 30 mln. obywateli 100 posłów oraz prezydenta. Czy wylosowany Pan Wacław z Sadłowic naprawdę mógłby wyrządzić dla kraju więcej szkody od zawodowego polityka, którego interesuje tylko przypodobanie się motłochowi i reelekcja?

Głos oddany w pierwszej turze na kandydata spoza "murowanej" dwójki oznacza przynajmniej jednoznaczny sygnał: "nie nabieram się na tą waszą grę, nie dam się nakręcać na jakieś wydumane konflikty między opcjami, które różnią się co najwyżej motywami graficznymi w spotach wyborczych."

Media wmawiają nam co prawda, że głosy oddane na kandydata, który "nie ma szans" na wejście do drugiej tury, są "zmarnowane", jednak jest dokładnie odwrotnie - właśnie głos na kandydata, którzy "na pewno" wejdzie do drugiej tury, zostaje zmarnowany, bo co to za różnica, czy procenty rozłożą się 40/30/20/10, czy np. 35/35/15/15? Wybory i tak rozstrzygną się w drugiej turze, i wtedy rzeczywiście można głosować na mniejsze zło.

I dopóki bawimy się w tą grę zwaną demokracją, to zapewniam, nauczony własnym przykładem, że konsekwentne popieranie kandydata spoza establishmentu daje pewien komfort psychiczny i poczucie wyższości. Oszczędza konfuzji i świecenia oczami, kiedy okazuje się, że nowo-stara ekipa kradnie i kłamie tak samo jak przed paroma kadencjami, kiedy poprzednio była u władzy. A im mniej głosów ostatecznie dostanie nasz kandydat, tym bardziej elitarnie możemy się czuć.


--

Podobał Ci się ten wpis? Być może zainteresuje Cię Ten O Wyborach w Stanozjednoczeniu, lub Ten o Przegłosowywaniu.

Dwie uwagi z Nowego Świata

Pobyt w Stanozjednoczeniu, chociaż opóźnił się z powodu kaprysu euro-urzędasów (patrz: poprzedni wpis), to jednak dostarczył mi perspektywę, z której pewnie nie zdawałbym sobie sprawy bez odwiedzenia tego kraju. Prawo powoduje, że trzeba mieć pozwolenie na filmowanie czegokolwiek, co jest czyjąkolwiek własnością, przez co prawdziwej Ameryki, jej klimatu i aury po prostu nie widać na filmach i w telewizji.

Ale zacznijmy od sprawy fundamentalnej: nazwa USA została nieprawidłowo na polski przetłumaczona. Co to są w ogóle "Stany"? W rzeczywistości USA są federacją suwerennych (w założeniach) państw, a zatem tłumaczenie powinno brzmieć Zjednoczone Państwa Ameryki. Co prawda, od prezydentury Lincolna traciły one stopniowo niezależność na rzecz rządu federalnego, ale w ostatnich latach zaczynają ją powoli odzyskiwać albo przynajmniej coraz głośniej się o nią upominać. Coraz więcej "Stanów" sprzeciwia się szalonym pomysłom centralizacyjnym Waszyngtonu (m.in. w sprawie federalnego upaństwowienia medycyny, zakazów posiadania broni, czy narkotyków miękkich), przywołując zasadę nulifikacji, wg. której prawo, które Stan uzna za niekonstytucyjne, przestaje na jego terenie obowiązywać. Ale nawet przed ostatnim zwrotem w stronę zasad ścisłego przestrzegania określonych w Konstytucji kompetencji rządu federalnego, "Stany" amerykańskie miały w wielu dziedzinach większą suwerenność od "Państw" wchodzących w skład Unii Europejskiej. Amerykańskie stany maja własne prawo karne, nikt im nie każe wprowadzać VAT-u ani nie zakazuje karania za zabójstwa. Amerykańska Federacja została zbudowana w oparciu o takie Wartości, jak: Wolność Osobista, Wolny Rynek i Konkurencja, czy obiektywny, niezależny Pieniądz. Na czym natomiast próbuje zbudować się Unia Europejska? Na "wartościach europejskich"? Na dopłatach do rolnictwa i na Europejskim Funduszu Społecznym?

Druga rzecz, o której muszę wspomnieć a która od razu rzuca się w oczy wszystkim przybyszom ze Starego Kontynentu: ta amerykańska przestrzeń i skala! Infrastruktura, planowana i budowana z myślą o ludziach a nie oszalałych planistach miejskich. Amerykanie zdają sobie sprawę, że ludzie tak naprawdę chcą: poruszać się wszędzie samochodem, mieć przestrzeń i wygodę. Stąd szerokie ulice, podjazdy, garaże, bankomaty drive-thru; Stąd lekkie, tanie budownictwo podmiejskie, projektowane z myślą o wygodnym życiu przez kilka/kilkanaście lat a nie tworzeniu siedziby rodowej. Wyjątkiem są dzielnice budowane w czasach głębokiej amerokomuny w latach '60. i '70., które przypominają ohydną, brytyjską zabudowę, z tą różnicą, że na tyłach każdego domku znajduje się jednak przestronny garaż.

U nas tymczasem czytam przed wyjazdem peany na cześć duńskiego urbanisty, który szczyci się tym, że wyrzuca ruch samochodowy z miast:
W Skandynawii zrozumieliśmy już, że w miastach trzeba postawić na transport publiczny, jazdę na rowerze i ruch pieszy.
No cóż: skoro "trzeba" "postawić"... Panu planiście nie przychodzi nawet do głowy, że problemy pozostawione rynkowi rozwiązują się same. W Chicago koszty parkowania są tak horrendalne, że samochodów jest dokładnie tyle, ile powinno. I mieszkańcom okolicznych miejscowości, którzy pracują w mieście, jakoś opłaca się pozostawić na cały dzień samochód na postawionym w szczerym polu prywatnym dworcu i dojeżdżać do centrum kolejką podmiejską. A w Las Vegas jakoś opłaca się postawić prywatne linie autobusowe i kolejki nadziemne. Zarówno płatne jak i darmowe (!). I nie potrzeba do tego żadnych zachęt, dopłat, czy komisji.
Czym więc się pan zajmuje?
- Aranżowaniem przestrzeni tak, by w miastach znów ważni byli ludzie, a nie samochody i budynki. Bo to właśnie ludzie są główną atrakcją we wszystkich miastach. Dobre miejsca do życia poznajemy po tym, jak wiele osób chce spędzać tam czas. Moim zdaniem architektura musi uwzględniać biologiczne cechy człowieka, który chodzi z prędkością 5 km/godz., ma perspektywę horyzontalną, porusza się linearnie. 
No właśnie: mokry sen każdego urzędnika i planisty: podporządkowana jego życzeniom masa, poruszająca się niemrawo tam, gdzie się im każe. Tak ma wyglądać Europa. Amerykanie chyba jeszcze czują, co się tak naprawdę liczy: indywidualizm, szybkość i wygoda. Właśnie "samochody i budynki".

--

Podobał ci się ten wpis? Być może zainteresuje cię Ten o Upadłym Mieście albo Ten o Nieświęcie Niepodległości

W chmurze medialnego strachu.

Trwa trzeci dzień Wielkiego Eksperymentu z dziedziny psychologii społecznej pod nazwą "Chmura Wulkaniczna - Stopień Ogłupienia Społeczeństwa Po Pół Wieku Oglądania Telewizji".

Wstępne wyniki eksperymentu pokazują, że najbardziej podatne na histerię są w pierwszej kolejności organa biurokratyczne, jak Agencja Żeglugi Powietrznej.

Wg. Agencji, powodem zamknięcia przestrzeni powietrznej jest "ograniczona widoczność", co przy dzisiejszym czystym, błękitnym niebie jest szczególnie wymowne.
Nikt nie podaje, jakie (matematycznie) jest rzeczywiste zagrożenie związane z obecnością (mocno rozrzedzonego już przecież) pyłu wulkanicznego w powietrzu. Czy ryzyko katastrofy lotniczej zwiększa się z jednej stumilionowej do np. jednej dwudziestomilionowej? Na dowód zagrożenia podaje się przypadek Lotu 9 British Airways z 1982 roku, kiedy to podczas przelotu w pobliżu miejsca erupcji wulkanu Galunggung zawiodły silniki. Tylko ile tysięcy samolotów przeleciało w historii przez niewidoczny pył wulkaniczny, nawet o tym nie wiedząc, bez jakiegokolwiek incydentu?
Ale specyfika instytucji biurokratycznych na tym polega, że odpowiedzialność ponosi się w nich tylko za nieskorzystanie ze swoich uprawnień, kiedy jest to od instytucji oczekiwane, a nie za skutki tych decyzji - choćby w grę wchodziły niewyobrażalne straty gospodarcze.

W drugiej kolejności, podatność wykazują osoby szczególnie wystawione na działanie telewizji (emeryci, osoby bezrobotne, oraz dziennikarze).
W tej grupie pojawiają się nawet osoby twierdzące, że czują w powietrzu swąd siarki, mimo, że śladowe ilości cząstek wulkanicznych znajdują się na wysokości... 10 km. (Źródło: Główny Inspektorat Sanitarny).
Te same osoby przyrzekają również, że niebo ma jakiś dziwny odcień, mimo, że wg. Państwowego Instytutu Geologicznego, powinien on być niewidoczny.
Tego typu reakcja objawia się zwykle tuż po wieczornych dziennikach telewizyjnych.

Szczęśliwie, na pył odporne są samoloty dygnitarzy zlatujących na uroczystości żałobne w Krakowie. Jestem pewien, że tuż po ich odlocie zagrożenie zostanie odwołane.

Aktualizacja: Sporo delegacji dzięki "chmurze" wymigało się od uroczystości.

--

Podobał ci się ten wpis? Być może zainteresuje cię Ten o Corocznej Histerii lub Ten Ze Strzelaniem.

Podatek dochodowy vs. konsumpcyjny

Co prawda po angielsku, ale cholernie trafne i dosadne porównanie dwóch filozofii podatkowych.

Marek S. Huberath o ateizmie.



Literatura fantastyczno-naukowa dzieli się w zasadzie na cztery kategorie:
  • space opera (nawalanki statków kosmicznych)
  • new age (jesteśmy jednością ze Wszechświatem, boskość człowieka, bla bla bla)
  • cyberpunk/trans-humanizm (złączki, wszczepki i macierze, byty post-ludzkie)
  • oraz... Marek S. Huberath
Dlatego chyba warto posłuchać, co ma mój ulubiony pisarz S-F do powiedzenia na temat, który już na blogu poruszałem. Nagranie z tegorocznego pyrkonu.

Finansowe tajemnice rządowej księgowości.

Wracając jeszcze raz do wpisu z 29 września: naśmiewałem się w nim ze współczesnej idei lewicowej, sugerując, że do jej całkowitej realizacji pozostaje już tylko upaństwowienie środków produkcji (będące wszak encyklopedyczną definicją socjalizmu), jako przykład podając zeszłoroczną nacjonalizację General Motors.

Okazuje się jednak, że rzeczywistość może być jeszcze bardziej ponura.

Jeśli wierzyć informacjom Waltera Buriena, doradcy inwestycyjnego, który od 20. lat studiuje finanse rządowe, zaangażowanie tzw. "rządu syntetycznego" (czyli Państwa na wszystkich szczeblach - od rządu federalnego, przez rządy stanowe, hrabstwa i miasta po państwowe uczelnie i agencje) w gospodarce jest dalece potężniejsze, niż ktokolwiek przypuszcza.

Wg. mr. Buriena, rząd amerykański, jak każda szanująca się organizacja przestępcza, prowadzi podwójną księgowość. Oprócz znanego opinii publicznej "budżetu", do którego wrzucane są wszystkie wydatki oraz wpływy podatkowe, tworzone są tzw. Kompletne Roczne Raporty Finansowe (Comprehensive Annual Financial Reports), w których dopiero zawarte są wpływy z innych źródeł. CAFR są oczywiście dostępne do publicznej wiadomości, każdy może je otrzymać, ale jakoś mało kto się nim interesuje - nie wspominają o nim publicznie media ani politycy, a już tym bardziej przemilcza go biurokracja. Jest to spowodowane potrzebą ukrycia przed opinią publiczną skali finansów, jakimi operuje rząd i uniknięcia rewolty podatkowej.

Po wgryzieniu się w Raporty CAFR, Burien z przerażeniem odkrył, że Państwo jest właścicielem około 40% amerykańskiej gospodarki. Tak przynajmniej było w latach '90, dziś jest to pewnie ponad połowa. Rząd jest właścicielem większości firm z zestawienia Fortune 500, jest największym udziałowcem funduszy inwestycyjnych, banków i ubezpieczalni. W gruncie rzeczy samo określenie "międzynarodowe instytucje finansowe" oznacza po prostu rząd amerykański. Albo dokładniej: konglomerat państwowo-korporacyjno-bankowy. Mussolini określał taką kompozycję mianem... faszyzmu, i możemy założyć, że akurat w tej sprawie Il Duce znał się na rzeczy.

Burien twierdzi, że zyski (same dywidendy! nie trzeba by nawet niczego prywatyzować!) z inwestycji rządowych wystarczyłyby na utrzymanie rządu, spłatę zobowiązań emerytalnych oraz całkowitą likwidację podatków.

Dane z końca lat '90 pokazują łączne inwestycje rządu na światowych rynkach na ponad 60 bilionów dolarów, co przynosiło zyski prawie dwukrotnie większe, niż zarobki netto całej amerykańskiej populacji.

Jest to idealny przykład słynnego powiedzenia Oscara Wilde, że biurokracja rozrasta się, by zaspokoić potrzeby rozrastającej biurokracji. W tym przypadku, zyski nie wykazane opinii publicznej w budżecie, są reinwestowane w gospodarkę, by gwarantować stabilny rozrost machiny państwowej, niezależny od aktualnej kondycji gospodarki i podatników. I to się doskonale udaje. Dziś już średnia płaca w sferze publicznej dwukrotnie przewyższa zarobki w sektorze prywatnym, a zatrudnienie w niej rośnie i to w chwili, kiedy sektor prywatny musi coraz bardziej zaciskać pasa a wpływy podatkowe lecą na łeb.

Nie wiem, ile z rewelacji mr. Buriena, czy Geralda R. Klatta jest prawdą - mało komu chce się ślęczeć nad kilkudziesięcioma tysiącami Raportów każdego roku, więc informacji i analiz na ten temat nie ma zbyt wiele. Tłumaczyło by to jednak niemal samobójcze zaangażowanie FED-u w ratowanie bezwartościowych klas aktywów po ostatnim kryzysie subprime - rząd po prostu za wszelką cenę chroni swoich inwestycji. Nie ma nawet innego wyjścia: jedynym sposobem na uchronienie tej olbrzymiej masy źle ulokowanego kapitału przed wyparowaniem jest rozdęcie kolejnej bańki spekulacyjnej. Przeniesienie go w inne sektory jest wykluczone, bo spowodowałoby to inflację. Jest to nierozwiązywalny problem gospodarki centralnie sterowanej, gdzie wartość zostaje przypisana aktywom nie przez rynek a przez urzędników. Ceny stają się oderwane od rzeczywistości i wszyscy mają udawać, że są prawdziwe. Tylko jak długo może się to kręcić?


Źródełka: http://en.wikipedia.org/wiki/Comprehensive_annual_financial_report
http://www.cafrman.com/index.html
http://cafr1.com/

Prawa homosiów, czy prawa człowieka?

Pod jednym z poprzednich wpisów (dopiero zauważyłem), komentator zżyma się na moje stwierdzenie:

"Nic więc dziwnego, że lewica definiuje dzisiaj swoją tożsamość w głupotach, takich, jak prawa homosiów czy zwalczanie dwutlenku węgla."
jakobym prezentował ideę ograniczania jego wolności.
Jest to nieporozumienie, którego wyjaśnienie zasługuje na osobny wpis.

Przekonanie, że jakieś Grupy Ludzi mają jakiekolwiek wspólne Prawa, odmienne od innych Grup, to wynik narzucanego nam od stu lat kolektywistycznego stylu myślenia. Tymczasem spojrzenie libertariańskie jest w tym względzie proste: nasze Prawa są nam przypisane naturalnie i wynikają z samych atrybutów człowieczeństwa, takich jak: wolna wola, pragnienie szczęścia, sprawiedliwości, itd. Dlatego prawa człowieka i swobody obywatelskie przysługują wszystkim ludziom i każdemu z osobna, a nie żadnym wydzielonym grupom. Rozróżnianie pojedynczych jednostek pod względem przynależności rasowej, narodowościowej, płciowej, czy zawodowej, jest wyrazem kolektywistycznego postrzegania stosunków międzyludzkich i służy tylko rozszerzaniu władzy machiny państwowej na wszystkie dziedziny życia społecznego.

Bo co znaczy, tak naprawdę, postulat "małżeństw jednopłciowych", poza domaganiem się łaskawego uznania stanu faktycznego - związku dwojga ludzi - przez jakiegoś bożka Majestatu Urzędniczego?

Wspólne opodatkowanie? Dziedziczenie? Dostęp do informacji medycznych partnera? Wszystkie te postulaty mają uzasadnienie tylko w dzisiejszej rzeczywistości totalitarnego państwa, które reguluje każdy aspekt życia społecznego. Domagają się de facto zmniejszenia opresji państwowej i jako takie odnoszą się do wszystkich ludzi, bez względu na ich preferencje seksualne, czy, dajmy na to: kulinarne.

Różnica dotyczy co najwyżej skali: domagasz się łaskawego pozwolenia na składanie jednego PIT-a zamiast dwóch, ja domagam się obniżenia liczby wymaganych PIT-ów jeszcze tylko o jeden; chcesz, żeby państwo uznawało testament Twojego partnera, ja chcę, żeby uznawało prawo każdego do dowolnego rozporządzania swoim mieniem, włącznie z zapisaniem fortuny swojemu kotu; chcesz prawa do informacji o stanie zdrowia partnera (np. kiedy leży w śpiączce po wypadku) - takie prawo powinna mieć dowolna osoba wpisana np. w prawie jazdy albo ubezpieczeniu pacjenta, dajmy na to wyłącznie siódma i piętnasta żona z jego haremu.

Wyobraźmy sobie państwo minimum, które nie reguluje stosunków społecznych, nie wie kto ile zarabia, gdzie pracuje, z kim żyje, ani nawet nie ma jak się o tym dowiedzieć, a zresztą nic go to nie obchodzi. Państwo, które zajmuje się tylko egzekwowaniem prostego, jednoznacznego prawa karnego i dobrowolnych umów dwustronnych, oraz obroną granic. Czy którykolwiek z tych postulatów byłby w ogóle potrzebny?

(Oczywiście, możesz powiedzieć, że nieregulowane odgórnie normy społeczne będą dążyły do zbytniego konserwatyzmu. Ale wielokrotnie w historii zdarzały się okresy, kiedy związki homoseksualne były szeroko aprobowane, albo były w pewnych kręgach półjawnie akceptowane. Dopiero wraz z ekspansją państwowej wszechwładzy wracało kamieniowanie i stosy, pojawiły się komory gazowe czy łagry...
Zresztą, nawet jeżeli społeczeństwo, pozostawione samemu sobie, przechyla się naturalnie w stronę pewnego konserwatyzmu, to jego normy dotyczą wszystkich! Sto lat temu (jak i np. dziś w państwach muzułmańskich) publiczne całowanie się kobiety i mężczyzny budziło takie samo zgorszenie jakie dziś budzą pocałunki dwóch mężczyzn.)

W takim państwie możesz nawet nazywać swój związek z kimkolwiek, jak chcesz; dowolne organizacje czy Kościoły mogą go rozpoznawać, lub nie; sam mogę nie nazywać tego małżeństwem... Ale! Równie dobrze Ty, albo moja Babcia możecie nie uznawać mojego małżeństwa zawartego w Las Vegas przed sobowtórem Elvisa. I to jest mój i twój problem, a nie państwa, czy społeczeństwa!


P.S. Natomiast "Homoś" jest określeniem pieszczotliwym i nie ma się o co obrażać. Gdybym chciał kogoś obrazić, nazwałbym go "gejem", (obojętne jakie w rzeczywistości ma preferencje).

Nowoczesny "gej" bowiem, to taki ktoś, kto przedstawia się następująco: "Cześć, mam na imię Andrzej i jestem gejem", albo wyraźnie komunikuje to zachowaniem, ubiorem lub manierą. A więc na wstępie przedstawia się jako osoba narcystyczna i próżna. Każe na siebie patrzeć nie przez pryzmat swoich dokonań, poglądów, zainteresowań, czy charakteru, ale tego, co, i z kim robi w łóżku. Krótko mówiąc: definiuje siebie przez swoją seksualność.  Do kogoś takiego trudno mieć stosunek inny, jak do prostytutki czy gwiazdy porno.

Istnieje obiektywny powód tego, że NORMALNI ludzie nie komunikują wprost swoich zwyczajów i pragnień seksualnych: 99% spotkanych przezeń ludzi to nie obchodzi. Człowiek normalny więc, to po prostu taki, o którym nie wiemy, jakie ma preferencje seksualne. Dotyczy to zarówno normalnych heteryków jak i normalnych homosiów.

CO, zamiast KTO

Jak zauważył w swoich popularnych książkach Rafał Ziemkiewicz, dyskusja w Polsce toczy się na poziomie osób a nie na poziomie idei. Przeciętny dziennikarz, komentator czy polityk, nie mówiąc już o tzw. przeciętnym Kowalskim, nie rozumie najprostszych pojęć, idei czy problemów. Trudno się więc dziwić, że zmuszeni są do operowania na prostym podziale "nasi - oni". I tak: nie liczy się CO się mówi, ale KTO i W JAKIM KONTEKŚCIE.

Przykładem stosunek do byłego prezydenta, który z "niedouczonego robola, antysemity i pośmiewiska o zapędach dyktatorskich", stał się w ostatnich latach, na potrzeby bieżącej walki politycznej, "narodowym bohaterem i mężem stanu". Choć wiedza o jego mało chwalebnym epizodzie z lat siedemdziesiątych była od dziesięcioleci w kręgach politycznych rozpowszechniona, to przed tzw. szerokim narodem ma pozostać zakryta. Nie ma znaczenia, że rzuca ona sporo światła na mechanizm przemian lat osiemdziesiątych, oraz na fakt totalnego zinfiltrowania jego prezydentury ludźmi dawnego systemu. Ważne, że ta zakazana wiedza "służy pewnej wizji historii". Wizji propagowanej przez dzisiejszą opozycję, a więc nieprawomyślnej.

Ale tak samo ta "rewizjonistyczna" część sceny politycznej stoi na stanowisku, że nie ma nawet sensu rozmawiać o rozwiązaniach ustrojowych, bo najważniejsze, to rządy "właściwych" ludzi. Że wystarczy zastąpić umoczone w "układach" kadry, swoimi, (uczciwszymi!). I właśnie to, w pocie czoła, usiłowała robić po przejęciu władzy, pięć lat temu. Po czym jej lider ze zdziwieniem obserwował, jak jego "zaufany i oddany fachowiec" biega w środku nocy do Marriotta meldować się swojemu prawdziwemu zwierzchnikowi.

Na rozmowy o ustroju, na powiedzenie, że system polityczno-gospodarczy kraju jest zgniły i wadliwie zaprojektowany, nie ma miejsca, bo wymagałoby to rzeczywistego zrozumienia mechanizmów władzy, państwa i gospodarki.

Łatwiej co cztery lata łudzić się, że zastąpienie jednych polityków drugimi, coś zmieni. Że problem korupcji można rozwiązać, wymieniając umoczonych urzędników na jakichś mitycznych "uczciwych". Albo, że państwową armię biurokratyczną można usprawnić za pomocą odpowiedniego wykształcenia przyszłych kadr na namnożonych wydziałach administracji.

Jednak, każdy system, który do prawidłowego działania wymaga "odpowiednich ludzi", jest skazany na upadek.

A powiedzenie, że ustrój się nie liczy, tylko ludzie, jest kompletnie bezkonstruktywne, albo wręcz niebezpieczne. Prowadzi do takich wniosków, jak piewców jakiegoś wymarzonego, teoretycznego socjalizmu, które obserwuję na najróżniejszych forach, że socjalizm był cacy, tylko ludzie źli (np. Murzyni w Detroit, którzy jakoby nie dojrzeli do dobrodziejstw pomocy społecznej, albo Ukraińcy, którzy nie chcieli dać się zapędzić do kołchozów). Naturalną konsekwencją takiego rozumowania jest tylko i wyłącznie ludobójstwo, bo skoro ludzie są źli, to należy zmienić ich naturę, a ponieważ natura ludzka nie poddaje się kształtowaniu, pozostaje tylko ich zabicie. I to jest wyjaśnienie liczby ofiar socjalizmu, czy to w wydaniu radzieckim, chińskim, nazistowskim, czy kambodżańskim.
Masowe mordy w świecie Zachodu są więc tylko kwestią czasu, a wielu twierdzi, że już mają miejsce, za pomocą tzw. środków miękkiej zagłady, oraz: aborcji, eutanazji, działalności państwowych służb zdrowia i ubezpieczeń społecznych.

Modelowe miasto


Zbawienne skutki centralnego planowania.

Państwo vs. rzeczywistość

"Idee mają konsekwencje", głosi stare, konserwatywne hasło.

Ale ponieważ, jak już ustaliliśmy, idee przyjęte przez państwa w XX wieku są w większości szkodliwe i wsteczne, to musimy sobie zadać pytanie: czy w takiej sytuacji w ogóle powinno nam zależeć na tym, by państwo było sprawne i dobrze zarządzane?

Kiedy w latach 20. w Stanozjednoczeniu wprowadzono prohibicję alkoholową państwo było jeszcze na tyle słabe, że nie mogło sobie poradzić z nagłym wybuchem alkoholowego podziemia przestępczego. Sama mafia również nie była na tyle dobrze zorganizowana, żeby skorumpować wystarczającą liczbę polityków i podtrzymać życiodajną prohibicję. Ale wyobraźmy sobie, co by było, gdyby potrwała ona trochę dłużej. Gdyby gangsterzy zdołali do reszty skorumpować coraz silniejsze po II WŚ mocarstwo. Zresztą: nie musimy sobie niczego wyobrażać: wystarczy spojrzeć na tzw. wojnę z narkotykami, prowadzoną na całym świecie od lat '60. Doszło do tego, że od ogromnych pieniędzy podziemia narkotykowego (oraz pieniędzy przeznaczanych na jego "zwalczanie") uzależnieni są już nie tylko politycy, organa ścigania, czy służby specjalne, ale także banki. Szacuje się, że gdyby nie zyski z prania narkotykowych pieniędzy, sektor finansowy musiałby się zawalić.

Może zatem rozkład państwa, który obecnie obserwujemy nie jest aż taki zły? Co prawda: Enefzetu nie stać przez to na leczenie nowotworów, Policji Państwowej na naboje i papier toaletowy, a armii na zatankowanie myśliwców...

ALE! szczęśliwie oznacza to, że nie stać ich też na:
  • niepotrzebne i szkodliwe szczepionki na zmyśloną epidemię jakiejś-tam-kolejnej grypy;
  • "pakiety antykryzysowe", które jeszcze bardziej rozłożyłyby gospodarkę, jak to się stało na Zachodzie;
  • wysyłanie dodatkowych żołnierzy na śmierć w agresywnej wyprawie wojennej w Afganistanie; 
itd, itp, etc.

Właśnie dzięki tej słabości finansowej, rząd na początku kryzysu postanowił nie interweniować, za co był z pozycji populistycznych krytykowany zarówno przez "prawicową", jak i "lewicową" opozycję, jako zbyt "neoliberalny". Rządem nie kierowało jednak przywiązanie do jakichś liberalnych idei - gdyby miał pieniądze, na pewno by się nie zawahał. Wszystkie te "pakiety stabilizacyjne" oznaczają przecież zamówienia publiczne dla zaprzyjaźnionych firm oraz hodowanie sobie wdzięczności wyborczej zatrudnionych w administracji i ich rodzin.

Rządem pokierowało małe zainteresowanie inwestorów naszymi papierami dłużnymi.

I co? Niespodzianka: jedyny kraj OECD, który postanowił nie reagować, jest jednocześnie jedynym, w którym nie wystąpiła recesja.

(Częściowo jest to też zasługa tego, że nasz wzrost gospodarczy w ostatnich latach był realny - tzn. rosła produkcja i eksport - w przeciwieństwie do Zachodu, gdzie PKB był podtrzymywany bezproduktywną, kredytowaną konsumpcją.)

A więc uratował nas brak popytu na nasze papiery skarbowe, przez który nie możemy się w nieskończoność zadłużać.

Tak, tak, wiem, co sobie myślicie:
Ależ Piotrze, ty pasjonująco beztroski optymisto! Przecież słabość naszego państwa nie jest powodem do zadowolenia. Kraje Zachodu przynajmniej STAĆ na zadłużenie się w celu przeprowadzenia pakietów stabilizacyjnych.
Otóż: jest dokładnie odwrotnie. Siła naszej gospodarki wynika właśnie ze słabości państwa!

Nie mylmy Państwa i Budżetu z Prawdziwą Gospodarką! Nie mieszajmy dwóch różnych systemów gospodarczych.

Pamiętajmy o tym, że każde bezproduktywne, państwowe miejsce "pracy", zostaje utworzone kosztem gospodarki i oznacza nie tylko bezpośrednią stratę - poprzez konieczność jego finansowania za pośrednictwem opodatkowania sektora prywatnego - ale także stratę w postaci braku potencjalnych dóbr i usług, które każdy z tych pracowników wytworzyłby w rentownych sektorach gospodarki! Sektor prywatny bowiem zajmuje się wytwarzaniem dóbr, usług i pomnażaniem bogactwa kraju, a sektor państwowy jego niszczeniem.

I te straty są po prostu nieporównywalnie większe od strat związanych z brakiem zdolności kredytowej rządu, czy ogólnie: ze słabością państwa.

Pojedynek ekono-ziomali


Teoria cykli koniunkturalnych kontra Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza. Word.

Urzędowienie

Minął właśnie pierwszy rok urzędowania Baracka Obamy - prezydenta, który jeszcze rok temu zapowiadał się na pierwszego amerykańskiego Ukochanego Przywódcę, będącego dla lewicy obiektem autentycznego kultu jednostki, a dziś odnotowującego rekordowo niskie, jak na tą fazę prezydentury, poparcie.

Jego przykład chyba najdobitniej obrazuje rolę periodycznego rytuału wyborczego w rozbrajaniu nastrojów społecznych.

Pod koniec urzędowania drugiego Busha na amerykańskiej lewicy rozkwitał sentyment antywojenny. Mało znany, ale charyzmatyczny i inteligentny (w porównaniu z urzędującym przygłupem), kandydat na prezydenta Barack Obama rozgromił z łatwością w prawyborach faworytkę lewicowego establishmentu, panią senator Hilarię Clintonową, głównie dzięki sprzeciwowi wobec obecności hufców imperialnych w Iraku i obiecaniu rychłego powrotu "naszych chłopaków" do domu.
Tymczasem, wchodzimy już w drugi rok urzędowania Obamy i polityka nowego prezydenta jest dokładnie odwrotna do zapowiadanej. Na zagraniczną wyprawę szykuje się właśnie kolejne 30 tyś. sołdatów, a budżet pentagonu bije rekordy ustanowione w szczycie zimnowojennego wyścigu zbrojeń.

Wygląda więc na to, że nowemu prezydentowi udało się całkowicie rozładować amerykański ruch antywojenny. Być może zresztą, właśnie to "osiągnięcie" uhonorował komitet norweskiego parlamentu, przyznając Obamie pokojową nagrodę nobla. Jak widać i europejskiej lewicy leży na sercu pokojowa stabilność amerykańskiej sceny politycznej.

Również polityka gospodarcza Obamy, te wszystkie oddłużenia, pakiety stymulacyjne, nacjonalizacja medycyny, to po prostu kontynuacja polityki poprzednich administracji, tyle, że szybciej i na większą skalę.

Cóż: współczesne głowy państw nie "rządzą", ani nawet nie "panują". One właśnie urzędują. Te biurokratyczne monstra zwane jeszcze "państwami" albo rządzą się same, albo, jak w przypadku Polski i innych kraików postkolonialnych, dryfują bezwładnie w bagnie zagranicznych operacji wpływu, działalności rozmaitych mafii i agentur.

Ale nawet prezydenci współczesnych imperiów stają się bezbronni wobec międzynarodowych instytucji finansowych, najróżniejszych rozdzierających państwo sitw a nawet swoich własnych służb specjalnych.

W stosunku do rządów dość często używa się dość zwodniczego sformułowania "machina państwowa". Sugeruje ono, że państwem można z jakąś określoną przewidywalnością sterować i że jakiekolwiek problemy wynikają co najwyżej z łatwych do wyodrębnienia i naprawy usterek.
Nie działa służba zdrowia? Przepraszamy, dodatkowe 10 kwadrylionów z kieszeni podatnika załatwi sprawę.
Obywatele wolą oszczędzać, zamiast kupić sobie piąty telewizor i czwartą kosiarkę do trawy? To nic, mądrzy urzędnicy w banku centralnym obliczyli na wielkim liczydle, że stopy procentowe "powinny wynosić" zero.
Itp. itd. etc.

Ja jednak wolę porównanie państwa do żywego organizmu. Unaocznia ono lepiej jego bezwład i nieprzewidywalność.

Jeśli tak, to należy zatem ze smutkiem przyznać, że na konstytucyjnych instytucjach organizmu państwowego żerują sobie z upodobaniem bezwzględne organizmy pasożytnicze: na polityce zagranicznej Imperium usadowiły się pijawki kompleksu zbrojeniowo (Lockheed-Martin, Northrop Grumman, Haliburton itp.)-wywiadowczego (CIA, NSA itd.), gospodarkę opanował nowotwór sektora bankowego (Wall Street), medycyną rządzą tasiemce z towarzystw ubezpieczeniowych a kompleksem policyjno-więźienniczym tęgoryjce podziemia narkotykowego.

Ale żeby biznes się kręcił, trzeba rzucić ludowi co cztery lata do wybrania nową marionetkę.
Tylko co, jeśli rozzuchwalona kukiełka naiwnie spróbuje prowadzić własną politykę? Bez obaw. Przykłady JFK i Reagana (pif-paf), oraz Nixona i Clintona (impeachment) były wystarczająco dobitne...

O zdrowioobronności cd.

Wygląda na to, że mój poprzedni wpis mógł zostać potraktowany jako atak na Wielką Orkiestrę. Nic bardziej mylnego. Sam fenomen WOŚP chyba najlepiej pokazuje, jak beznadziejnie przegrana jest instytucja państwowej "Służby Zdrowia".

Dwa lata temu, w szczycie koniunktury gospodarczej, budżet Służby Zabijania wzrósł z roku na rok o 10 miliardów zł. Czy cokolwiek się dzięki temu zmieniło? Oczywiście, że nie: kolejki są jeszcze dłuższe, korupcja jeszcze większa a "drogiego, specjalistycznego sprzętu" jak brakowało, tak brakuje.

Jeśli więc w sześćdziesięciomiliardowym budżecie, z którego najwyraźniej nie sposób wyasygnować odpowiedniej kwoty na "drogi i specjalistyczny sprzęt", magiczne owsiakowe 40 milionów robi taką wielką i zbawczą różnicę, to chyba najlepiej unaocznia, jaką przewagę miałaby prywatna SZ oraz prywatna dobroczynność nad państwową.

Pytam więc: ile jeszcze niepoliczonych miliardów ma przetracić Służba Marnotrawstwa, ilu ludzi jeszcze ma zginąć w wyniku działania tego morderczego systemu, zanim ci sami ludzie, którzy dziś wspierają tą chorą instytucję m.in. za pomocą datków na WOŚP zaczną domagać się likwidacji obecnego status quo?

Orkiestra Podtrzymywania Patologii

"Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy" jak co roku zebrała około 40 mln zł.

Pragnę dyskretnie zauważyć, że "Służba Zdrowia" jest w naszym kraju państwowa, a Polacy rocznie wydają na nią około 60 miliardów zł (plus jakieś 10 mld. na łapówki).

Mimo takich nakładów, poziom bałaganu, biurokracji i długości oczekiwania w Służbie Zgonów przerasta wszystkie granice i chyba każdy, kto się z nią zetknął (i przeżył) wolałby się leczyć za pomocą magii voodoo i urynoterapii niż mieć znów do czynienia z tą niekompetentną i szkodliwą instytucją.

W normalnym systemie lecznictwo jest prywatne i pacjent zamiast być traktowany jak niepotrzebny balast, którego należy się pozbyć, jest klientem, o którego należy zabiegać jakością usług i ceną.
Taki mniej więcej system działał w Stanozjednoczeniu zanim jeszcze zapanował tam totalitaryzm w stylu europejskim.
Oprócz normalnego, komercyjnego lecznictwa działały wtedy przychodnie charytatywne a przeznaczanie części czasu zawodowego na pracę nieodpłatną było uważane w środowisku lekarskim za obowiązek. Tak w każdym razie opisuje to pewien libertariański kongresman, który prowadził praktykę medyczną w obu systemach.
http://www.youtube.com/watch?v=foXQbmZxWYY#t=3m29s

W takim systemie dobroczynność i wspieranie placówek non-profit  rzeczywiście ma sens a pomoc trafia do potrzebujących, zamiast na przysłowiowe czyszczenie rządowych limuzyn.

Co prawda mogę już sobie wyobrazić te komentarze pod wpisem:
"Ależ Piotrze, ty kapitalistyczny fundamentalisto bez serca! Przecież gdyby pozostawić sektor ochrony zdrowia w rękach krwiożerczego wolnego rynku, biednych ludzi nie byłoby stać na wciąż drożejące usługi medyczne."
Tak: wmawia nam się, że koszty muszą iść w górę wraz z rozwojem medycyny. Tylko ciekawe, że jakoś zawsze i wszędzie w historii świata postęp naukowy i technologiczny powodował spadek cen. Im szybsze i lepsze były pociągi, samochody, samoloty, tym tańsze i wygodniejsze stawało się podróżowanie; wraz z rozwojem technologii informatycznych coraz tańsze stawało się przetwarzanie danych i wszystkie usługi z tym związane itd. itp.

Zadajmy sobie w końcu pytanie:  Jaki w ogóle jest ostateczny cel Wolnego Rynku? 
Logika i obserwacja pokazują, że system wolnej konkurencji naturalnie dąży do spadku cen i wzrostu jakości usług. Obserwujemy to w sektorach, do których państwo nie zdążyło się jeszcze przyssać - jak sektor informatyczny czy telefonia komórkowa.
Jeśli gdzieś widzimy wynik odwrotny: wzrost cen i spadek jakości, niechybny to znak, że Wolny Rynek nie jest tam obecny.

Nie może być zatem przypadkiem, że od momentu, kiedy państwo usadowiło się w ochronie zdrowia, ceny usług medycznych zaczęły rosnąć do tego stopnia, że dziś przeciętny Amerykanin musi zastawić dom i sprzedać samochód, zanim uda się na rutynowe badanie ciśnienia krwi.


W Polsce nie jest wcale lepiej, jedynie struktura płatności jest inna. Przeciętny zjadacz chleba jest opodatkowany na poziomie ponad 60%, z czego 1/5 idzie na Służbę Uśmiercania.

Jeśli więc ktoś uważa, że ma ona wciąż za mało pieniędzy, to powinien się domagać dalszego zwiększania podatków, składki zdrowotnej, deficytu budżetowego i czego tam jeszcze, zamiast bawić się w owsiakową drobnicę.

Ja akurat uważam, że państwowa Służba Zgrozy powinna mieć jak najmniej środków ponieważ jest źródłem udręki, śmierci i cierpienia - a im prędzej zdechnie, tym lepiej dla pacjentów, lekarzy oraz podatników.
I dlatego od lat nie noszę czerwonych serduszek.

O-broń-ności ciąg dalszy

Jeszcze parę słów o roli powszechnego dostępu do broni w wolnym społeczeństwie:



Obrona obronności bronią

Dyskusja o dostępie do broni zwykle przebiega w ten sposób:

Ktoś (np UPR po ostatnich strzelaninach ) stwierdza, że należy zmienić status quo i pozwolić ludziom na swobodniejszy dostęp do broni. Ktoś inny odpowiada, że to niedorzeczne, bo ludzie zaczęli by się zabijać na ulicach i w klubach nocnych itd. (a już szczególnie w "naszym kraju", gdzie ludzie mają być jakoby wyjątkowo nieodpowiedzialni).

Od tego momentu wolnościowy punkt widzenia pozostaje już tylko w defensywie. To my musimy argumentować, dlaczego chcemy zmieniać zastały stan rzeczy.

Tymczasem, to przeciwnicy naturalnego stanu - powszechnego dostępu do broni - powinni się tłumaczyć:

Dlaczego godzą się na pozbawianie ofiary możliwości skutecznej obrony?
Dlaczego są zwolennikami nierówności społecznej?
Dlaczego opowiadają się za prawem dżungli?
Chcą, żeby w starciu na śmierć i życie wygrywał zawsze osobnik silniejszy, bardziej bezwzględny i okrutny.
Człowiek nie obdarzony siłą fizyczną nie ma szans w starciu z wyćwiczonym bandziorem. Broń palna wyrównuje między nimi szanse, pozwala bronić się każdemu, bez względu na walory fizyczne. Jak nazywano rewolwer Colta? "Wielkim Zrównywaczem"?

Odwracanie paradygmatu, o którym wspominałem w poprzednim wpisie, należałoby zresztą zacząć od zmiany nazewnictwa. Przeciwników dostępu do broni trzeba nazywać zgodnie z prawdą "ruchem rozbrojenia ofiar" ("Victim disarmament movement", jak nazywa się ich w USA) a nas po prostu zwolennikami dekryminalizacji obrony osobistej.
Prawo do obrony jest bowiem prawem danym nam przez naturę, lub, jak kto woli, Stwórcę. Praw Naturalnych państwo nie może nam "odebrać", ponieważ nie ono jest ich źródłem. Może jedynie nas represjonować za jego używanie, lub za samą intencję jego użycia.
I temu właśnie się sprzeciwiamy.

Kurs-dys

Jak zapewne wielu z nas zdążyło się przekonać, dyskutowanie o polityce nie ma sensu.

Dorosłych ludzi na ogół nie da się przekonać do swoich racji, bo nikt nie lubi przyznawać się do błędu, a już szczególnie przyjmować "cudzego" punktu widzenia. Dlatego ludzie o ugruntowanych poglądach wykazują zadziwiającą odporność na jakąkolwiek argumentację.

Być może działa tu jakiś wykształtowany ewolucyjnie mechanizm obronny.
Najwidoczniej grupy i społeczeństwa uparciuchów wygrywały rywalizację ze społeczeństwami niepewnych siebie, wiecznie deliberujących, rozważających wszystkie racje teoretyków.

O ile więc interlokutora na ogół nie da się do niczego przekonać, to jednak sama dyskusja służy czemu innemu: wystawieniu na nasze argumenty osób trzecich. Czy będzie to czytelnik gazety, blogu, czy przysłuchujący się w wymianie argumentów uczestnik spotkania rodzinno-towarzyskiego, jakiekolwiek racje mogą trafić tylko do osoby nie zaangażowanej.

Problem w tym, że libertariański punkt widzenia jest dokładnie odwrotny do powszechnie obowiązującego. W rezultacie to my zawsze pozostajemy w defensywie i zamiast bezlitośnie punktować absurdy etatystycznych koncepcji, musimy tłumaczyć, dlaczego np. chcemy, żeby ludzie umierali z głodu na ulicach (bo przecież taki, niechybnie!, byłby skutek likwidacji interwencjonizmu państwowego...).

Wyrwanie się z ograniczeń dyskursu publicznego prowadzonego na ICH warunkach wymagałoby całkowitego przewartościowania strategii propagandowej Ruchu Wolnościowego: zmiany używanego języka, pojęć i w ogóle sposobu myślenia.

Technikę, którą należy zastosować jak najwcześniej, nazywam wyprzedzającym odwróceniem paradygmatu dyskusji. Polega ona na nagłym roztrzaskaniu podstawowych założeń wstępnych rozmowy.

W kolejnych wpisach podam kilka przykładów.