Siła nabywcza "baronów"

Światopogląd etatystyczny jest już tak zakorzeniony w naszej zbiorowej świadomości, że bezkrytycznie akceptujemy nawet tezy, które są najzwyczajniej w świecie sprzeczne z obserwacją. Jedną z nich jest w kółko powtarzane stwierdzenie o powiększaniu się różnic społecznych. Wszyscy wiemy, że "bogaci zarabiają coraz więcej a biedni coraz mniej"!

Problem w tym, że - na logikę - gdyby taki proces rzeczywiście (w wyniku krwiożerczego kapitalizmu) następował, to już dawno na świecie ostało by się paru bogaczy dysponujących całym kapitałem, a reszta ludzkości żarłaby piach z robakami, mieszkała pod ziemią i w końcu by się pozjadała. Albo przynajmniej dążylibyśmy do takiego stanu.

W rzeczywistości obserwujemy proces dokładnie odwrotny.

Baron Rotszyld około roku 1800 mógł kupić znacznie większy procent dostępnych dóbr, ziemi, czy robotników, niż najbogatszy kapitalista 100 lat później. Wynika z tego, że zwiększyła się wartość tego wszystkiego (m.in. właśnie pracy) przy jednoczesnym spadku siły nabywczej bogaczy.
Podobnież, dzisiejsze nędzne 50 miliardów Billa Gatesa znaczy dużo mniej, niż fortuna Rockefellera z początku XX wieku.

W dodatku: ekonomia nie jest grą o sumie zerowej i żaden z tych "ohydnych wyzyskiwaczy" nie zabrał nikomu swojego bogactwa, tylko je de facto STWORZYŁ. Tak, tak: Z NICZEGO.

Andrew Carnegie zrewolucjonizował przemysł stalowy i zbił wielokrotnie ceny stali, czym przysłużył się w budowie infrastruktury kolejowej; John D. Rockefeller oprócz tego, że obniżył dziesięciokrotnie cenę nafty, dzięki czemu zwykli ludzie mogli w końcu oświetlić swoje domy, wynalazł zastosowanie dla produktów naftowych dotychczas wylewanych do rzek jako odpady; Vanderbilt spowodował potanienie transportu, Henry Ford dzięki zastosowaniu produkcji masowej obniżył cenę automobilu, Gates dzięki prostemu w obsłudze systemowi operacyjnemu spopularyzował komputery, a Larry Page i Siergiej Brin naprawili Internet.

Znaczenie tych osiągnięć dla gospodarki oraz standardu życia setek milionów ludzi jest po prostu niewyobrażalne.
I nikt z nas na tym nie stracił, z wyjątkiem ich niewydajnej, ociężałej i drogiej konkurencji. Osobiście, tęsknota za Commodore International już mi przeszła.

--

Podobał Ci się ten wpis? Być może zainteresuje Cię Ten o Korzyściach z Niewydolności Państwa lub Ten o Wspólnym Pastwisku

6 komentarzy:

ByteEater pisze...

Naprawili Internet? 8-O

Co do konieczności nierówności, żeby mogły zachodzić procesy gospodarcze, a poprzez nie rozwój, to zdecydowanie się zgadzam (wiedział to już zresztą Heraklit, podając jako ogólną zasadę filozoficzną). I weź tu teraz tłumacz takim np. z http://fa.most.org.pl/?go=manifest (akapit o kapitalizmie). Nie pojmuję, jak oni chcą obalić kapitalizm bez przymuszania (również w formie zabraniania) ludzi do działań innych niż takie, które uznają za najbardziej dla siebie w danej sytuacji korzystne.

Unknown pisze...

Ha! Tamten akapit byłby w 100% prawdziwy, gdyby tylko albo zastąpić "kapitalizm" "socjalizmem", albo gdyby go "dokładnie odwrócić". Przecież żaden wolnorynkowy podmiot nie może nikogo do niczego zmusić, chyba, że wejdzie w zmowę z PAŃSTWEM.

Unknown pisze...

A to "naprawienie internetu" to tak z przymrużeniem oka. Chodzi o to, że przed nastaniem Google internet był prawdopodobnie niedochodowy. I niczego nie można było znaleźć ;)

ByteEater pisze...

Był dochodowy, np. Kamil Cebulski dorobił się wtedy na reklamie. A niektórzy już w latach '90 uwierzyli w wielkość tej dochodowości za bardzo (co raczej się nie dzieje bez uprzedniego istnienia dochodowości jakiejkolwiek) i nadmuchali słynną bańkę dotcomową.

Piotrze, czy bywasz na chacie KonteStacji, a jeśli tak, to pod jakim nickiem?

Unknown pisze...

Sporadycznie, jako Piotrex : )
Nie wątpię, że można było na internecie sporo zarobić, ale globalnie w latach '90 był on po prostu gigantyczną bańką spekulacyjną - wielką alokacją kapitału, co dowiódł późniejszy krach. Zważ, że większość tych nadmuchanych dotcomów, które potem pobankrutowały, nigdy nie zarobiło ani dolara, ich wartość giełdowa była szacowana na podstawie nierealistycznej ekstrapolacji dotychczasowego wzrostu liczby użytkowników. Inwestorom wydawało się, że nawet, jeżeli firma nie przynosi dochodu, to za 5 lat będzie miała np. 500 milionów klientów i wtedy zacznie dyktować ceny. P. Schiff często przywołuje przykład (nie wiem, czy prawdziwy) "doorknobs.com, która była ewaluowana na takim poziomie, że musiałaby sprzedawać wszystkie klamki na świecie a i tak nie wypracowałaby zysków uprawniających do takiej ceny giełdowej.

Maro pisze...

Moim zdaniem tego typu kwestie wygłaszają tylko i wyłącznie czerwoni po to aby udawać, że stają w obronie tych biednych, którzy biednieją, kiedy inni bogaci się bogacą i nawołując do wyrównania poziomu bogactwa. Co jak wiadomo jest odwieczną utopią latająca przed oczami każdego czerwonego w dowolnym odcieniu kretyna. Co ciekawe to oni sami wcześniej rozwalają gospodarkę, powodują wzrost bezrobocia i hamują bogacenie się społeczeństwa po to żeby potem udawać, że stają w obronie tych poszkodowanych. Tak na dobrą sprawę jest to jakiś samonapędzający się mechanizm, gdyż ludzie są durni i lubią tych, którzy mówią, że im coś dadzą.

Prześlij komentarz