Pojęcie własności odnosi się do rzeczy, których jest ograniczona ilość i ma na celu minimalizację konfliktu.
Gdybyśmy oboje chcieli skorzystać z tego samego kawałka terenu, musielibyśmy albo się pozabijać, albo odwołać do intersubiektywnego poczucia "własności" - kto pierwszy zasiedlił sporny teren, albo nabył go w jakiś sposób od prawowitego właściciela (czy to poprzez kupno, spadek, czy przekazanie).
Możesz co prawda twierdzić, że moje roszczenie jest nieważne, ale jeśli istotna dla naszego sporu społeczność nie podzieli twojego przekonania, to ta istotna dla naszego sporu społeczność nada mi prawo do użycia siły do wyegzekwowania tego, co postrzega jako sprawiedliwość.
Trochę zboczę tu z tematu, ale dlaczego zakładam, wbrew tradycji libertariańskiej, że własność nie istnieje obiektywnie?
Tradycja libertariańska zakłada, że pojęcie własności wyrasta z posiadania przez jednostkę SAMEGO SIEBIE, swojego ciała i odpowiedzialności za swoje czyny. Ta odpowiedzialność przenosi własność siebie samego na otoczenie fizyczne, którym za pomocą swojej woli i działania manipulujemy.
Ale praktyka przeczy temu rozumowaniu. Wystarczy się rozejrzeć: większość ludzi bardzo chętnie akceptuje stan, w którym WSZYSTKO należy do Państwa (jeżeli myślisz, że np. twój dom należy do Ciebie, to zastanów się, czym jest podatek od nieruchomości, jeśli nie CZYNSZEM nałożonym na Ciebie przez rzeczywistego właściciela - Państwo). Większość uważa też, że może rozporządzać Twoim ciałem i wtrącić Cię do lochu np. za konsumpcję papierosa ziołowego. Wygląda na to, że istotna dla naszej sytuacji społeczność nie podziela naszego przekonania o samoposiadaniu jednostki.
Ponadto, jeśli jakaś grupa (np. rodzina, albo grupa komunistów) postanowi, że wszystko w ramach ich społeczności jest wspólne, to w takim środowisku własność rzeczywiście NIE ISTNIEJE.
Dlatego używam pojęcia intersubiektywnego konsensusu:
własność nie jest częścią fizycznej rzeczywistości, ale nie jest też całkowicie subiektywna, jest raczej konstruktem społecznym.
Dobra, wracając do "własności" intelektualnej:
O ile pojęcie własności ma jak najbardziej praktyczne zastosowanie w odniesieniu do rzeczy, których jest ograniczona ilość (ziemi, złota, pluszowych misiów) i ma za zadanie minimalizować konflikt, to w przypadku własności intelektualnej jest dokładnie odwrotnie - IP generuje konflikt.
Własność int. dotyczy wyłącznie WIEDZY, a dokładnie: wzorów uporządkowania symboli, np. liter na kartce, nut na pięciolinii, bitów na twardym dysku komputera.
Jeśli zabiorę Ci garnek z zupą, to pozbawiam Cię tej rzeczy (oraz posiłku), ale kiedy skopiuję od Ciebie przepis na zupę, to nie nie ma to żadnego wpływu na Twoją sytuację i Twoją możliwość ugotowania sobie obiadu.
Moja znajomość jakiegoś układu znaków, lub bitów, nie pozbawia Ciebie tej znajomości.
Jeśli ktoś stwierdzi, że jest właścicielem melodii, którą przed chwilą zanucił, i zabrania mi jej powtarzania, to właśnie kreuje konflikt, bo uzurpuje sobie prawo do rozporządzania moją własnością (moimi strunami głosowymi).
Wyobraźmy sobie np. że udaje mi się niezależnie odgadnąć tajną recepturę Coca-Coli. Jeśli Coca-Cola Company będzie chciała zabronić mi wytwarzania napoju na podstawie posiadanej przeze mnie wiedzy, to nie tylko uzurpuje sobie prawo do rozporządzania moją własnością (moimi urządzeniami do wytwarzania napoju), ale też zakładając, że nie mam prawa POSIADANIA tej wiedzy, przyznaje sobie prawo do rozporządzania zawartością mojego umysłu - stanem kwantowym neuronów w moim mózgu!
Ponieważ wolny rynek dąży do minimalizacji kosztów (a co za tym idzie, eliminowania konfliktu), własności intelektualnej po prostu nie da się egzekwować bez państwowego zamordyzmu. W przyszłości nie będzie więc w ogóle rozpoznawana jako uzasadnione roszczenie.
--
Jeśli zainteresował Cię ten wpis, najprawdopodobniej zechcesz przeczytać Co by było, gdyby dało się replikować również obiekty fizyczne
Ludzie barbarzyństwa
-
„Ludzie kultury” napisali list do pani minister kultury, domagając się
„zawieszenia wszelkiej współpracy z izraelskimi instytucjami, organizacjami
pozarząd...
1 tydzień temu
3 komentarze:
Tradycja libertariańska zakłada istnienie obiektywnej sprawiedliwej własności, która nie jest równoważna subiektywnej niesprawiedliwej własności. W przypadku gdy istotna część społeczeństwa nie zgadza się z libertariańskim pojęciem sprawiedliwości i osobnik B kradnie(w rozumieniu libertariańskim) osobnikowi A przedmiot P. To osobnik B staje się właścicielem przedmiotu P. Tyle, że właścicielem niesprawiedliwym. Ta niesprawiedliwa własność jest konstruktem społecznym (niestety nie żyjemy w idealnym świecie, gdzie konstrukt społeczny = sprawiedliwa własność).
Wydaje mi się, że nie ma potrzeby pozbywania się pojęcia obiektywnej własności przez to, że żyjemy w świecie, który w znacznym stopniu odbiega od libertariańskiego ideału. Chyba, że Autor bloga nie zgadza się z prawami naturalnymi. W takim wypadku proszę zignorować ten komentarz.
PS. Świetny blog. Pana poprzedni wpis na temat IP przekonał kilku moich znajomych, że nie istnieje coś takiego jak IP.
Pozdrawiam
W obecnym świecie dochodzi do kuriozalnej sytuacji, gdy nie stajemy się właścicielami kupowanych dóbr. Przykładem są programy komputerowe. Społeczeństwo przyjmuje, iż kupując w sklepie licencję kupuje się program. Media i koncerny to podsycają. Tak naprawdę, to jak w takim razie wytłumaczyć obecność licencji, która ogranicza zakres wykorzystania programu? Kuriozalność polega na tym, że w tym wypadku producent rzeczy dokonuje kradzieży, bo odbiera nam coś za co zapłaciliśmy.
Hej,
Bardzo fajny blog. Na temat własności intelektualnej polecam również Radio Żelaza: http://www.youtube.com/watch?v=Br1clyQ00hg
Pozdrawiam
Prześlij komentarz