CO, zamiast KTO

Jak zauważył w swoich popularnych książkach Rafał Ziemkiewicz, dyskusja w Polsce toczy się na poziomie osób a nie na poziomie idei. Przeciętny dziennikarz, komentator czy polityk, nie mówiąc już o tzw. przeciętnym Kowalskim, nie rozumie najprostszych pojęć, idei czy problemów. Trudno się więc dziwić, że zmuszeni są do operowania na prostym podziale "nasi - oni". I tak: nie liczy się CO się mówi, ale KTO i W JAKIM KONTEKŚCIE.

Przykładem stosunek do byłego prezydenta, który z "niedouczonego robola, antysemity i pośmiewiska o zapędach dyktatorskich", stał się w ostatnich latach, na potrzeby bieżącej walki politycznej, "narodowym bohaterem i mężem stanu". Choć wiedza o jego mało chwalebnym epizodzie z lat siedemdziesiątych była od dziesięcioleci w kręgach politycznych rozpowszechniona, to przed tzw. szerokim narodem ma pozostać zakryta. Nie ma znaczenia, że rzuca ona sporo światła na mechanizm przemian lat osiemdziesiątych, oraz na fakt totalnego zinfiltrowania jego prezydentury ludźmi dawnego systemu. Ważne, że ta zakazana wiedza "służy pewnej wizji historii". Wizji propagowanej przez dzisiejszą opozycję, a więc nieprawomyślnej.

Ale tak samo ta "rewizjonistyczna" część sceny politycznej stoi na stanowisku, że nie ma nawet sensu rozmawiać o rozwiązaniach ustrojowych, bo najważniejsze, to rządy "właściwych" ludzi. Że wystarczy zastąpić umoczone w "układach" kadry, swoimi, (uczciwszymi!). I właśnie to, w pocie czoła, usiłowała robić po przejęciu władzy, pięć lat temu. Po czym jej lider ze zdziwieniem obserwował, jak jego "zaufany i oddany fachowiec" biega w środku nocy do Marriotta meldować się swojemu prawdziwemu zwierzchnikowi.

Na rozmowy o ustroju, na powiedzenie, że system polityczno-gospodarczy kraju jest zgniły i wadliwie zaprojektowany, nie ma miejsca, bo wymagałoby to rzeczywistego zrozumienia mechanizmów władzy, państwa i gospodarki.

Łatwiej co cztery lata łudzić się, że zastąpienie jednych polityków drugimi, coś zmieni. Że problem korupcji można rozwiązać, wymieniając umoczonych urzędników na jakichś mitycznych "uczciwych". Albo, że państwową armię biurokratyczną można usprawnić za pomocą odpowiedniego wykształcenia przyszłych kadr na namnożonych wydziałach administracji.

Jednak, każdy system, który do prawidłowego działania wymaga "odpowiednich ludzi", jest skazany na upadek.

A powiedzenie, że ustrój się nie liczy, tylko ludzie, jest kompletnie bezkonstruktywne, albo wręcz niebezpieczne. Prowadzi do takich wniosków, jak piewców jakiegoś wymarzonego, teoretycznego socjalizmu, które obserwuję na najróżniejszych forach, że socjalizm był cacy, tylko ludzie źli (np. Murzyni w Detroit, którzy jakoby nie dojrzeli do dobrodziejstw pomocy społecznej, albo Ukraińcy, którzy nie chcieli dać się zapędzić do kołchozów). Naturalną konsekwencją takiego rozumowania jest tylko i wyłącznie ludobójstwo, bo skoro ludzie są źli, to należy zmienić ich naturę, a ponieważ natura ludzka nie poddaje się kształtowaniu, pozostaje tylko ich zabicie. I to jest wyjaśnienie liczby ofiar socjalizmu, czy to w wydaniu radzieckim, chińskim, nazistowskim, czy kambodżańskim.
Masowe mordy w świecie Zachodu są więc tylko kwestią czasu, a wielu twierdzi, że już mają miejsce, za pomocą tzw. środków miękkiej zagłady, oraz: aborcji, eutanazji, działalności państwowych służb zdrowia i ubezpieczeń społecznych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz