Podatki vs. inflacja?

Przy okazji niedawnej dyskusji o krzywej Laffera na wykopie pe el, zauważyłem, że wszyscy ekscytujemy się poziomem wpływów budżetowych: jedni chcieli by je maksymalizować, a my, wolnorynkowcy: minimalizować.
W dodatku nawet tzw. liberałowie uważają, że co prawda rozrzutność państwa i wysoka fiskalizacja jest niekorzystna, noooo ale gdyby poprzez obniżenie podatku udało się zwiększyć wpływy z niego (krzywa Laffera), to byłoby cacy.

Jest jednak dokładnie odwrotnie.

Takie myślenie to pozostałość po czasach standardu złota, kiedy państwo nie mogło dowolnie kreować pieniądza. Dziś już państwo może utrzymywać niższe lub wyższe podatki a jednocześnie finansować swoje rozmaite ekstrawagancje z długu zaciąganego u przyszłych pokoleń, z tak zwanego podatku inflacyjnego.
To właśnie obserwujemy obecnie w USA, które utrzymują podatki na STOSUNKOWO niskim poziomie (w porównaniu do Europy), ale za to szykują sobie i wszystkim posiadaczom dolarów ruinę finansową. Przy czym horyzont czasowy określany mylnie jako "przyszłe pokolenia" wciąż ulega skróceniu i może się okazać że te "przyszłe pokolenia" to jesteśmy my.

Dochody państwa są zatem problemem drugorzędnym, liczy się poziom wydatków, jaki aktualnie machina państwowa postanawia sobie ustalić.
Społeczeństwo może się bowiem przed przesadną fiskalizacją częściowo chronić w szarej strefie.
Przed podatkiem inflacyjnym natomiast nie ma ucieczki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz