Jak zapewne wielu z nas zdążyło się przekonać, dyskutowanie o polityce nie ma sensu.
Dorosłych ludzi na ogół nie da się przekonać do swoich racji, bo nikt nie lubi przyznawać się do błędu, a już szczególnie przyjmować "cudzego" punktu widzenia. Dlatego ludzie o ugruntowanych poglądach wykazują zadziwiającą odporność na jakąkolwiek argumentację.
Być może działa tu jakiś wykształtowany ewolucyjnie mechanizm obronny.
Najwidoczniej grupy i społeczeństwa uparciuchów wygrywały rywalizację ze społeczeństwami niepewnych siebie, wiecznie deliberujących, rozważających wszystkie racje teoretyków.
O ile więc interlokutora na ogół nie da się do niczego przekonać, to jednak sama dyskusja służy czemu innemu: wystawieniu na nasze argumenty osób trzecich. Czy będzie to czytelnik gazety, blogu, czy przysłuchujący się w wymianie argumentów uczestnik spotkania rodzinno-towarzyskiego, jakiekolwiek racje mogą trafić tylko do osoby nie zaangażowanej.
Problem w tym, że libertariański punkt widzenia jest dokładnie odwrotny do powszechnie obowiązującego. W rezultacie to my zawsze pozostajemy w defensywie i zamiast bezlitośnie punktować absurdy etatystycznych koncepcji, musimy tłumaczyć, dlaczego np. chcemy, żeby ludzie umierali z głodu na ulicach (bo przecież taki, niechybnie!, byłby skutek likwidacji interwencjonizmu państwowego...).
Wyrwanie się z ograniczeń dyskursu publicznego prowadzonego na ICH warunkach wymagałoby całkowitego przewartościowania strategii propagandowej Ruchu Wolnościowego: zmiany używanego języka, pojęć i w ogóle sposobu myślenia.
Technikę, którą należy zastosować jak najwcześniej, nazywam wyprzedzającym odwróceniem paradygmatu dyskusji. Polega ona na nagłym roztrzaskaniu podstawowych założeń wstępnych rozmowy.
W kolejnych wpisach podam kilka przykładów.
Ludzie barbarzyństwa
-
„Ludzie kultury” napisali list do pani minister kultury, domagając się
„zawieszenia wszelkiej współpracy z izraelskimi instytucjami, organizacjami
pozarząd...
1 tydzień temu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz