Obrona obronności bronią

Dyskusja o dostępie do broni zwykle przebiega w ten sposób:

Ktoś (np UPR po ostatnich strzelaninach ) stwierdza, że należy zmienić status quo i pozwolić ludziom na swobodniejszy dostęp do broni. Ktoś inny odpowiada, że to niedorzeczne, bo ludzie zaczęli by się zabijać na ulicach i w klubach nocnych itd. (a już szczególnie w "naszym kraju", gdzie ludzie mają być jakoby wyjątkowo nieodpowiedzialni).

Od tego momentu wolnościowy punkt widzenia pozostaje już tylko w defensywie. To my musimy argumentować, dlaczego chcemy zmieniać zastały stan rzeczy.

Tymczasem, to przeciwnicy naturalnego stanu - powszechnego dostępu do broni - powinni się tłumaczyć:

Dlaczego godzą się na pozbawianie ofiary możliwości skutecznej obrony?
Dlaczego są zwolennikami nierówności społecznej?
Dlaczego opowiadają się za prawem dżungli?
Chcą, żeby w starciu na śmierć i życie wygrywał zawsze osobnik silniejszy, bardziej bezwzględny i okrutny.
Człowiek nie obdarzony siłą fizyczną nie ma szans w starciu z wyćwiczonym bandziorem. Broń palna wyrównuje między nimi szanse, pozwala bronić się każdemu, bez względu na walory fizyczne. Jak nazywano rewolwer Colta? "Wielkim Zrównywaczem"?

Odwracanie paradygmatu, o którym wspominałem w poprzednim wpisie, należałoby zresztą zacząć od zmiany nazewnictwa. Przeciwników dostępu do broni trzeba nazywać zgodnie z prawdą "ruchem rozbrojenia ofiar" ("Victim disarmament movement", jak nazywa się ich w USA) a nas po prostu zwolennikami dekryminalizacji obrony osobistej.
Prawo do obrony jest bowiem prawem danym nam przez naturę, lub, jak kto woli, Stwórcę. Praw Naturalnych państwo nie może nam "odebrać", ponieważ nie ono jest ich źródłem. Może jedynie nas represjonować za jego używanie, lub za samą intencję jego użycia.
I temu właśnie się sprzeciwiamy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz