Minął właśnie pierwszy rok urzędowania Baracka Obamy - prezydenta, który jeszcze rok temu zapowiadał się na pierwszego amerykańskiego Ukochanego Przywódcę, będącego dla lewicy obiektem autentycznego kultu jednostki, a dziś odnotowującego rekordowo niskie, jak na tą fazę prezydentury, poparcie.
Jego przykład chyba najdobitniej obrazuje rolę periodycznego rytuału wyborczego w rozbrajaniu nastrojów społecznych.
Pod koniec urzędowania drugiego Busha na amerykańskiej lewicy rozkwitał sentyment antywojenny. Mało znany, ale charyzmatyczny i inteligentny (w porównaniu z urzędującym przygłupem), kandydat na prezydenta Barack Obama rozgromił z łatwością w prawyborach faworytkę lewicowego establishmentu, panią senator Hilarię Clintonową, głównie dzięki sprzeciwowi wobec obecności hufców imperialnych w Iraku i obiecaniu rychłego powrotu "naszych chłopaków" do domu.
Tymczasem, wchodzimy już w drugi rok urzędowania Obamy i polityka nowego prezydenta jest dokładnie odwrotna do zapowiadanej. Na zagraniczną wyprawę szykuje się właśnie kolejne 30 tyś. sołdatów, a budżet pentagonu bije rekordy ustanowione w szczycie zimnowojennego wyścigu zbrojeń.
Wygląda więc na to, że nowemu prezydentowi udało się całkowicie rozładować amerykański ruch antywojenny. Być może zresztą, właśnie to "osiągnięcie" uhonorował komitet norweskiego parlamentu, przyznając Obamie pokojową nagrodę nobla. Jak widać i europejskiej lewicy leży na sercu pokojowa stabilność amerykańskiej sceny politycznej.
Również polityka gospodarcza Obamy, te wszystkie oddłużenia, pakiety stymulacyjne, nacjonalizacja medycyny, to po prostu kontynuacja polityki poprzednich administracji, tyle, że szybciej i na większą skalę.
Cóż: współczesne głowy państw nie "rządzą", ani nawet nie "panują". One właśnie urzędują. Te biurokratyczne monstra zwane jeszcze "państwami" albo rządzą się same, albo, jak w przypadku Polski i innych kraików postkolonialnych, dryfują bezwładnie w bagnie zagranicznych operacji wpływu, działalności rozmaitych mafii i agentur.
Ale nawet prezydenci współczesnych imperiów stają się bezbronni wobec międzynarodowych instytucji finansowych, najróżniejszych rozdzierających państwo sitw a nawet swoich własnych służb specjalnych.
W stosunku do rządów dość często używa się dość zwodniczego sformułowania "machina państwowa". Sugeruje ono, że państwem można z jakąś określoną przewidywalnością sterować i że jakiekolwiek problemy wynikają co najwyżej z łatwych do wyodrębnienia i naprawy usterek.
Nie działa służba zdrowia? Przepraszamy, dodatkowe 10 kwadrylionów z kieszeni podatnika załatwi sprawę.
Obywatele wolą oszczędzać, zamiast kupić sobie piąty telewizor i czwartą kosiarkę do trawy? To nic, mądrzy urzędnicy w banku centralnym obliczyli na wielkim liczydle, że stopy procentowe "powinny wynosić" zero.
Itp. itd. etc.
Ja jednak wolę porównanie państwa do żywego organizmu. Unaocznia ono lepiej jego bezwład i nieprzewidywalność.
Jeśli tak, to należy zatem ze smutkiem przyznać, że na konstytucyjnych instytucjach organizmu państwowego żerują sobie z upodobaniem bezwzględne organizmy pasożytnicze: na polityce zagranicznej Imperium usadowiły się pijawki kompleksu zbrojeniowo (Lockheed-Martin, Northrop Grumman, Haliburton itp.)-wywiadowczego (CIA, NSA itd.), gospodarkę opanował nowotwór sektora bankowego (Wall Street), medycyną rządzą tasiemce z towarzystw ubezpieczeniowych a kompleksem policyjno-więźienniczym tęgoryjce podziemia narkotykowego.
Ale żeby biznes się kręcił, trzeba rzucić ludowi co cztery lata do wybrania nową marionetkę.
Tylko co, jeśli rozzuchwalona kukiełka naiwnie spróbuje prowadzić własną politykę? Bez obaw. Przykłady JFK i Reagana (pif-paf), oraz Nixona i Clintona (impeachment) były wystarczająco dobitne...
Ludzie barbarzyństwa
-
„Ludzie kultury” napisali list do pani minister kultury, domagając się
„zawieszenia wszelkiej współpracy z izraelskimi instytucjami, organizacjami
pozarząd...
1 tydzień temu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz